Razem czy osobno?

Pamiętasz licealne czasy, kiedy pierwsza miłość oznaczała całkowitą zależność? To odliczanie do zobaczenia drugiej osoby i poczucie, że nic innego się nie liczy? Wszyscy to znamy i chyba każdy kiedyś coś takiego przeżył. Niektórzy nawet w dorosłym życiu opierają swoje związki na pełnej zależności, inni z kolei wolą stawiać granice. A Ty?   

 

W powietrzu czuć już nadchodzącą wiosnę. Ludzie zaczynają rozpinać kurtki, zdejmują szaliki i wystawiają twarz do słońca. Cieszą się, że robi się cieplej. Widać, że z nadzieją wypatrują dnia, w którym zrzucą kilka warstw ubrań i wystawią do słońca nie tylko twarz, lecz także całe ciało.

 

Wraz z pierwszymi oznakami wiosny na ulicach pojawiają się też oni: zakochani licealiści. Idą przytuleni, a raczej wtuleni w siebie. Czasami się zastanawiam, czy wygodnie im być tak do siebie przyssanym. Po chwili dociera do mnie, że im mnie zależy na wygodzie, tylko na byciu razem. Całkowitym, jak w symbiozie.

 

To nic złego. Będą jeszcze jeść jeden deser tą samą łyżeczką i spędzać ze sobą każdą chwilę dnia. Jedno bez drugiego nie pójdzie na spotkanie ze znajomymi, a kiedy pójdą razem, wciąż będą obok siebie – ona usiądzie mu na kolanach albo we dwoje złapią się za ręce. Tak bardzo chcą być blisko, że nie wyobrażają sobie innego scenariusza na spędzenie czasu.

 

Co się stanie, kiedy licealne wyobrażenia o idealnym związku przeniesie się do dorosłego życia? Czy to będzie w porządku, czy nie? A jeśli w nowych relacjach okaże się, że jedna osoba potrzebuje zależności, a drugiej do szczęścia niezbędna jest… wolność?

 

Jak zbudować szczęśliwy związek

 

Dobrze wiemy, że nie istnieje uniwersalna recepta na udany związek, a mimo to niestrudzenie szukamy przepisu, który zadziała na niego jak magiczna różdżka. Niestety, często zapominamy o tym, że w związku, jak w każdej relacji, wchodzi w grę coś takiego jak współzależność.

 

Zawsze istnieje coś, co jest wspólnym dobrem dwojga ludzi. Gdyby tak nie było, budowanie relacji byłoby dużo trudniejsze. A skoro relacja jest czymś, co tworzy się wspólnie, to zależność stanowią zarówno dzieci i zwierzęta, jak i mieszkanie czy samochód.

 

A niezależność? Ona z kolei określa nasze potrzeby i wyznacza granice każdego z osobna. Kiedy jedna osoba czegoś chce, a druga nie, to czy ta pierwsza musi z tego zrezygnować? Oczywiście, że nie! Jeśli partnerzy dadzą sobie prawo do tego, by każdy z nich miał swoją własną przestrzeń, oboje zyskają możliwości do realizacji siebie w związku. A nie związku kosztem siebie.

 

Zależność w związku

 

Gdy związek tworzą osoby, które potrzebują zależności w równym stopniu, to cudownie. Taka para stworzy swoje własne, przyjazne zasady: oglądanie tych samych filmów, wybieranie tych samych dań do jedzenia, uprawianie tej samej dyscypliny sportu. Jeśli obie strony się w tym odnajdują, wszystko jest w porządku. Problem pojawi się wtedy, kiedy nad związkiem zawisną czarne chmury.

 

Opieranie związku na zależności od drugiej osoby niesie ze sobą duże ryzyko – zaniedbanie relacji ze sobą. Gdy zapomnimy o tym, co jest ważne dla nas, o tym, co lubimy i co sprawia nam radość, będzie nam trudno odnaleźć się w rzeczywiści po ewentualnym rozstaniu. Koniec związku odczujemy wtedy tak, jakby umarła duża część nas. Nagle okazuje się, że nie mamy nic swojego, a doświadczanie czegokolwiek, co było wspólne, potęguje smutek. Zostajemy z niczym. I to jest najgorsze.

 

Związek a przestrzeń tylko dla siebie

 

Choć związek opiera się na współzależności, równie ważna jest niezależność. Parę tworzą przecież dwie osoby, które mają własne – często odmienne – potrzeby.

Niektórzy potrzebują przestrzeni i pola realizacji, który będzie tylko ich. Potrafią i dbają, by granice, które wyznaczyli, były nieprzekraczalne. Czasami potrzebują bycia we dwoje w niewielkim wymiarze. Jeśli w codziennym życiu potrafią zadbać zarówno o siebie, jak i o to, co jest ich wspólne, są na dobrej drodze.

 

Jaki związek jest lepszy

 

Nie można powiedzieć, że ci, którzy potrzebują większej przestrzeni wspólnej są lepsi lub gorsi od tych, dla których w związku ważna jest niezależność. Każda para ma swoje potrzeby. Gdy są one akceptowane i zaspokajane, związek może się harmonijnie rozwijać.

Budując bliską relację, dobrze pamiętać o dwóch rzeczach: o tym, że nie warto rezygnować z siebie na rzecz drugiej osoby, a także o tym, że nasz partner czy partnerka może mieć czasem zupełnie inne potrzeby niż my.

 

Magia różnic

 

Chciałabym móc napisać o badaniach, które jasno określają, że do szczęścia potrzebujemy X% czasu spędzanego razem. Tyle że takie badania nie istnieją. I całe szczęście!

 

Gdybyśmy wszyscy byli tacy sami i potrzebowali tego samego w równym stopniu, świat byłby nudny, a my jednakowi. A przecież to różnice nas wyróżniają! Dlatego nie porównujcie swojego związku do relacji przyjaciół i nie szukajcie uniwersalnej recepty na jego zgodność i trwałość. Pamiętajcie, że to, co sprawdza się u kogoś, u Was może nie przynieść żadnego efektu. Idźcie więc swoją drogą i w swoim tempie szukajcie rozwiązań, które będą służyć Wam i Waszemu związkowi.

Poczucie winy – potrzebna emocja czy narzędzie manipulacji?

„Nie powinnaś tak się do niego odzywać”. „Zawsze wszystko muszę na święta zrobić sama, na nikogo w tej rodzinie nie można liczyć”. To tylko słowa, ale chyba każdy, kto kiedykolwiek je słyszał, wie, że mogą wywołać poczucie winy. Czy jest nam ono do czegoś potrzebne? Pomaga czy ogranicza? I czym w ogóle jest poczucie winy?

Na pierwszy rzut oka poczucie winy objawia się w relacjach i zasadach, które w nich tworzymy. Jednak gdy spojrzymy na nie w szerszym kontekście, przekonamy się, że dotyczy ono nas i naszej psychiki. Dlaczego? Bo z poczuciem winy zmagamy się wewnętrznie – sami się osądzamy, inicjując w sobie różne, najczęściej negatywne emocje.

Jak działa poczucie winy?

W psychologii poczucie winy definiujemy jako „stan emocjonalny wywołany przez świadomość przekroczenia norm moralnych” (Reber, 2000, s. 829). W społeczeństwie to uczucie jest odbierane jako coś pozytywnego. W końcu to wyraz skruchy i forma publicznego przyznania się do winy, czyli coś, co może wpłynąć na zmniejszenie wymiaru kary, a nawet na potrzebę wybaczenia.

Nawet bohaterów literackich, którymi targa poczucie winy, oceniamy łagodniej tylko dlatego, że mają wątpliwości, czy w danej sytuacji postąpili słusznie. A przecież ci bohaterowie wyznając swoje winy, często przyznają się do nich nie tylko z perspektywy czasu, lecz z także z perspektywy konsekwencji. Jaka moc tkwi w przyznaniu się do winy, że akt jej wyznania powoduje łagodniejszy osąd postaci?

Przyznanie się do poczucia winy jest odbierane jako chęć zadośćuczynienia i przeprosiny, choć nie zawsze zawiera słowo „przepraszam”.  To coś w stylu powiedzenia „źle zrobiłem, już zawsze będę mieć wyrzuty sumienia”. Okazuje się więc, że nadajemy poczuciu winy znaczenie największej możliwej kary.

To, co istotne w poczuciu winy, zawiera się w słowie „poczucie”. Odczuwając poczucie winy, przyznajemy się do błędu według własnego kodeksu moralnego, a wina zawsze jest naszym subiektywnym odczuciem.

Poczucie winy w relacjach

Bywa, że w niektórych relacjach poczucie winy jest wykorzystywane jako narzędzie do komunikacji. Kiedy jedna strona sugeruje, że powinniśmy czuć się winni, miejmy świadomość, że próbuje w ten sposób wyrazić… swoje emocje związane z jakąś sytuacją. Jeśli jednak komunikuje się wyłącznie poprzez próbę wzbudzania w nas poczucia winy, w końcu przestaniemy czuć się dobrze w jej towarzystwie. Bo kto chciałby być nieustannie krytykowany i mieć poczucie, że jest z nim coś nie tak?

Kiedy zdamy sobie sprawę, że jesteśmy wpędzani w poczucie winy, mamy prawo postawić granice i przestać się na to godzić. Powinniśmy również zacząć obserwować, jak ono wpływa na nasze poczucie własnej wartości i czy przypadkiem w różnych sytuacjach problemowych nie próbujemy za każdym razem szukać winy wyłącznie w sobie.

Pamiętajmy, że jeśli przez całe życie powtarzano nam, że powinniśmy być lepszymi dziećmi/rodzicami/partnerami, możemy się nieświadomie karać sabotowaniem swoich działań, mieć niskie poczucie sprawczości, a nawet obwiniać za najmniejsze potknięcia.

Role w relacjach – krzywdzony i krzywdzący

Osoba, która wzbudza w nas poczucie winy, przyjmuje rolę ofiary, czyli osoby skrzywdzonej. Jej zdaniem (a w konsekwencji manipulacji również naszym) powinniśmy jej tę krzywdę jakoś wynagrodzić.

Ofiara zawsze ustawia się na wyższej pozycji, uznając, że została zraniona i należy jej się zadośćuczynienie. Warto zdawać sobie sprawę, że do roli ofiary można się bardzo szybko przyzwyczaić i uzależnić od korzyści, które z jej grania wynikają. Wyjście z tej roli oznaczałoby konieczność wzięcia odpowiedzialności za współtworzenie danej relacji, a tego ofiara chce za wszelką cenę uniknąć. Jeśli ktoś przyjmuje rolę ofiary, zrzuca na drugą osobę pełną odpowiedzialność za relację.

Łatwo jest również odtwarzać schemat relacji w stylu ofiara – winny. W takiej sytuacji zawsze jedna ze stron jest albo winna, albo krzywdzona. Nie ma wtedy pola do współpracy, istnieje nieustanna walka o rolę ofiary, która osiąga największy zysk.

Po co nam poczucie winy?

Strach przed poczuciem winy jest czasami tak silny, że stosujemy liczne uniki, aby nie musieć się z nim mierzyć. Mimo wszystko poczucie winy jest ważne, bo sprzyja rozwijaniu empatii poprzez równoważenie skłonności do myślenia wyłącznie o sobie.

Badania naukowe przeprowadzone przez Uniwersytet SWPS pod kierownictwem dr. Łukasza Tanasia dowiodły, że poczucie winy sprzyja… pozytywnemu klimatowi społeczno-emocjonalnemu w szkole (więcej o badaniu przeczytasz tutaj: https://www.swps.pl/nauka-i-badania/granty/5832-poczucie-winy-sprzyja-pozytywnemu-klimatowi-spoleczno-emocjonalnemu-w-klasie-szkolnej) . Wyniki wykazały, że poczucie winy jest jak most pomiędzy empatią afektywną a pozytywnym klimatem w klasie. Jeśli chcemy być empatyczni, musimy się liczyć z koniecznością odczuwania poczucia winy wobec innych.

Poczucie winy pomaga nam współodczuwać, a nawet rozumieć czyjąś krzywdę. Strach przed odczuwaniem winy może z kolei powodować, że będziemy przykładać większą uwagę do zasad współdziałania w grupie.

 

Nadmiar poczucia winy jest jednak zgubny, ale wyłącznie dla osoby, która je odczuwa. Stawiając się w roli sprawcy czyjejś krzywdy za każdym razem, bez względu na okoliczności, przyczyniamy się do tego, że tracimy kontakt z kimś, z kim powinniśmy mieć najcieplejszą relację – ze sobą. A przecież udane relacje z innymi możemy mieć tylko wtedy, kiedy sami dla siebie jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.

 

 

Jak przetrwać konflikt?

Chyba każdy z nas spotkał się w życiu ze stwierdzeniem, że święta są czasem wybaczania. Być może nawet słyszeliśmy życzenia, które brzmiały: „Obyście się na święta pogodzili” lub ciche podszepty, żebyśmy dali spokój, bo „w święta trzeba żyć w zgodzie”. Czy na czas świąt rzeczywiście da się zakopać topór wojenny mimo trwającego konfliktu?

 

Konflikty i kłótnie zaczynają się wtedy, kiedy dwie strony lub więcej mają swoje punkty widzenia, które próbują przeforsować. Gdy cudze racje diametralnie się od siebie różnią, trudno dojść do porozumienia. Nawet przyznanie komuś częściowej słuszności bywa problematyczne. Zwłaszcza jeśli czujemy, że z każdą chwilą narasta w nas coraz większa złość.

 

W takich sytuacjach pogodzenie się i wybaczenie sobie nie zawsze jest możliwe. Gdy nieustannie mamy do czynienia z atakami na swoje wybory i działania, buzują  w nas emocje. Trudno  w takiej sytuacji zachować wewnętrzny spokój i dystans do rzeczywistości tylko dlatego, że są święta.

 

Jak przetrwać konflikt?

 

Po pierwsze trzeba zdawać sobie sprawę, że każdemu konfliktowi, każdej kłótni towarzyszą emocje. Może to być złość lub smutek, ale równie dobrze mogą pojawić się w nas poczucie winy, frustracja, żal czy wstyd. Mimo to na pierwszy plan w konflikcie zawsze wysuwa się jedna emocja: złość.

 

Złościmy się, kiedy ktoś przekracza nasze granice i automatycznie uruchamiamy w sobie konieczność obrony. Oczywiście mamy prawo bronić naszych granic. Tym, co powinno nas jednak zastanowić, jest pytanie, dlaczego akurat w tym miejscu są nasze granice. Z jakiego przekonania wynikają? Czy jeśli ktoś nie chce zrobić tego, o co prosimy, czujemy się lekceważeni? Czy jeśli ktoś się z nami nie zgadza, ogarnia nas uczucie poniżenia? Skąd bierzemy wiedzę, że czyjeś zachowanie jest spowodowane chęcią sprawienia nam przykrości? Może tylko nam się wydaje, że ktoś ma wobec nas złe zamiary?

 

Postępowanie innych ludzi zawsze interpretujemy przez filtr własnych doświadczeń. Na sposób, w jaki odbierzemy i zrozumiemy konkretną sytuację wpływa cała nasza przeszłość. Warto pamiętać, że zamiary człowieka, z którym jesteśmy skłóceni, nie zawsze mają coś wspólnego z naszą interpretacją. Zamiast pytać „dlaczego on/ona nam to robi?”, powinniśmy zadać pytanie „dlaczego na to, co on/ona robi, reagujemy właśnie w ten sposób”?

 

Emocje w konflikcie

 

Kiedy się kłócimy i jesteśmy źli, pod odczuwaną przez nas złością kryją się także inne, równie ważne emocje.

 

Jeśli pojawi się w nas smutek lub żal, przyjmijmy je, a następnie znajdźmy sposób, aby znalazły ujście. Możemy na przykład porozmawiać z kimś bliskim lub spisać swoje uczucia na kartce. A jeśli mamy potrzebę płakać – płaczmy. Nie później, tylko teraz, bo nagromadzenie w sobie negatywnych uczuć i próba przykrycia ich robieniem dobrej miny do złej gry szkodzi przede wszystkim nam. Nie dbając o to, by nasze emocje znalazły ujście, dokładamy ciężar do swojego bagażu, który będziemy nieść przez kolejne dni i miesiące. Tak, MY będziemy ten bagaż nieść, a nie osoba, na którą jesteśmy źli.

 

Jak rozwiązać konflikt?

 

Czy pomyśleliście, że rozwiązaniem konfliktu powinien być kompromis? Jeśli tak, to jam wam powiem, że… nie. Tak naprawdę strony konfliktu powinny dążyć do współpracy.

 

Dlaczego nie kompromis?

Bo zakłada on, że ktoś musi z czegoś zrezygnować. To nie jest dobre rozwiązanie dlatego, że w takiej sytuacji któraś ze stron może mieć żal z powodu konieczności rezygnacji z czegoś, co było dla niej ważne.

 

 

Z kolei podjęcie współpracy zakłada, że obie strony coś zyskają, więc warto do niej dążyć. Jeśli nie odnajdziemy w sobie do tego chęci, konflikt będzie się ciągnąć w nieskończoność. Warto jednak próbować go rozwiązać, robiąc choćby małe kroki w kierunku porozumienia i wyznaczając sobie cele w danej relacji.

 

Pamiętajmy także o tym, aby starać się jak najmniej oczekiwać. Dlaczego? Bo gdy nasze wyobrażenia rozminą się z rzeczywistością, znów poczujemy się rozczarowani.

 

Co zrobić, jeśli ktoś stale rozpoczyna konflikt?

 

Tak naprawdę istnieje tylko jedna osoba, o którą możemy zadbać na 100%. Tą osobą jesteśmy my sami. Powinniśmy pogodzić się z faktem, że nie zmienimy innych, jeśli sami tego nie chcą. Przyjmijmy, że są sytuacje i rzeczy, na które nie mamy wpływu i jeśli ktoś będzie usilnie szukał powodu do kolejnej sprzeczki, zadbajmy przede wszystkim o siebie.

Możemy na przykład powiedzieć o swoich odczuciach osobie, która podsyca konflikt, ale jednocześnie miejmy świadomość, że nie zmieni to jej zachowania. Czasami zdarza się jednak, że zwrócenie uwagi podziała na kogoś jak kubeł zimnej wody wylanej wprost na głowę, i ten ktoś zda sobie sprawę, że swoimi osądami sprawia nam przykrość. Niezależnie od tego, jak przebiega konflikt, mamy prawo, a nawet obowiązek, postawić wyraźną granicę, której nikt nie powinien przekraczać bez naszej zgody.

 

Pamiętajmy również, że milczenie, którym zbywamy cudze zachowanie, nie jest równoznaczne z przyzwoleniem na to zachowanie.

 

A jeśli ktoś nas prowokuje, a my nie jesteśmy w stanie zapanować nad złością? Wtedy warto pomyśleć o tym, aby ochłonąć. Zwłaszcza że nie jesteśmy inicjatorem kłótni.

 

Jak się uspokoić, kiedy czujemy, że ogarnia nas fala złości? Sprawdzą się różnego rodzaju metody relaksacyjne i praca z oddechem. Nawet wyjście na chwilę z pomieszczenia, w którym trwa kłótnia, może zdziałać cuda.

 

 

Jeśli nie chcemy być uczestnikami konfliktu, powiedzmy o tym i zrezygnujmy z dalszej dyskusji. Jeśli jednak coś nas do kłótni pcha, zastanówmy się, dlaczego tak bardzo nam na niej zależy. Co i komu chcemy udowodnić, podejmując rękawicę? Wiedza o tym, co uruchamia w nas kłótliwość, jest bardzo ważna, a nasze przekonania, które ją wywołują – jeszcze ważniejsze.

 

Konflikty z najbliższymi wynikają z różnych przyczyn. Pamiętajmy o tym, że nie mamy możliwości przekonania wszystkich do swoich racji. Jeśli mamy w sobie chęć do podjęcia współpracy, aby zakończyć konflikt, a druga strona tej chęci nie przejawia, wycofajmy się. W niektórych sytuacjach to jedyny możliwy sposób, by zadbać o siebie i swoje potrzeby.

 

Jak sobie radzić z krytyką (nie tylko w święta)?

Czym właściwie jest krytyka? Czy ma budującą i motywującą moc? Jak sobie radzić, kiedy krytykują nas najbliżsi? Zapraszam do lektury pierwszego tekstu w ramach akcji #RelacyjnieDobreŚwięta!

 

„Z czym to ciasto? Z marchewką? Ty tylko o tych warzywach, dlatego jesteś taka chuda”. „Twoja siostra znakomicie jeździ autem, nie to co Ty”. „Dziewczynę może byś sobie znalazł, bo inaczej zdziwaczejesz. W sumie to już zacząłeś”. „Chyba najwyższy czas zadbać o siebie po tej ciąży”. Kojarzysz te słowa? A może masz własne przykłady?

 

Zbliżają się święta i chyba każdy z nas marzy o tym, aby przebiegały w atmosferze jak z reklamy świątecznej. Wszyscy radośnie i miło spędzają wspólny czas, mówią sobie komplementy, a po dotychczasowych urazach i konfliktach nie ma śladu. Niestety, w rzeczywistości niełatwo o taki scenariusz. Wcale nie dlatego, że nic nie jest tak piękne i kolorowe jak w reklamie, ale dlatego, że relacje międzyludzkie rządzą się swoimi prawami. A raczej prawami ustalanymi przez ludzi, którzy te relacje współtworzą.

 

Jak zadbać o siebie i swoje emocje w czasie świąt Bożego Narodzenia, kiedy ktoś nas krytykuje?

 

Słowo „krytyka” pochodzi od łacińskiego criticus, czyli osądzający. Osądzanie jest z kolei oceną zarówno pozytywnych, jak i negatywnych zjawisk. Często o tym zapominamy, bo w wielu sytuacjach wyrażamy swoje zdanie, skupiając się wyłącznie na negatywach. Dodatkowo nie szukamy rozwiązania problemu i pomijamy potrzeby osoby, którą  krytykujemy. Bo czy myślimy o tym, aby zapytać, czy ktoś w ogóle chce usłyszeć nasz osąd? No właśnie. Tym samym nie dajemy tej osobie prawa do odmowy usłyszenia krytyki.

 

My również mamy to prawo. Możemy nie chcieć jej słuchać, bo towarzyszy nam niskie poczucie własnej wartości i nie czujemy się na siłach, aby zmierzyć się z czyimś zdaniem, albo po prostu trudno nam się uporać z negatywnymi opiniami na nasz temat.

 

Aby krytyka wnosiła do naszego życia coś dobrego, musi przedstawiać rozwiązanie konkretnej sytuacji, a nie tylko negatywną opinię, z której tak naprawdę nic nie wynika. Przede wszystkim jednak powinniśmy mieć prawo wyboru, czy chcemy usłyszeć słowa krytyki.

 

Czy krytyka motywuje?

 

W wielu filmach główni bohaterowie są krytykowani w kulminacyjnym momencie. Ta chwila wyzwala w nich skumulowaną moc, a kiedy ją poczują, postanawiają: koniec z byciem ofiarą! Oglądając taki schemat, regularnie tworzymy w sobie przekonanie, że krytyka jest motywująca i powinna utwierdzać nas w przekonaniu: „ja wam jeszcze pokażę”! Tyle że wcale tak nie jest.

 

Krytyka budzi wiele emocji: złość, smutek, żal, wstyd, poczucie winy i wiele innych. Jeśli krytykują nas bliskie osoby, często nie pozwalamy sobie na to, aby te emocje wyrazić. A co to dla nas oznacza? Tłumimy je i odtwarzamy w chwilach przypominających pierwszą sytuację, w której zostaliśmy skrytykowani w ten sposób. To prosta droga do tego, by każdą krytykę uznawać za atak lub podstawę do zadręczania się poczuciem, że jesteśmy niewystarczająco dobrzy.

 

Między innymi właśnie takie szkody wyrządza krytyka. Emocje, które nam towarzyszą, kiedy jej słuchamy, nie znikają wraz z zakończeniem cudzego wywodu. Zostają w nas jak dziura po wyjętym gwoździu.

 

Jak sobie radzić z krytyką od najbliższych?

 

Po pierwsze pamiętajmy o prawie do powiedzenia, że nie życzymy sobie krytyki. To, że nie wyrażamy zgody na wysłuchanie czyjegoś osądu lub nie zgadzamy się z czyjąś negatywną opinią na swój temat, nie oznacza, że jesteśmy niekulturalni czy pozbawieni szacunku do kogoś. Po prostu możemy powiedzieć „nie”.

 

Sytuacja się komplikuje, kiedy mamy do czynienia z osobą, która nie reaguje na nasze „nie”. Co wtedy zrobić?

 

W pierwszej kolejności warto dać upust swoim emocjom. Nie zawsze mamy taką możliwość, w końcu trudno to zrobić przy wszystkich. Ale jeśli mamy palącą potrzebę, żeby powiedzieć o swojej złości czy innych emocjach, zróbmy to. Istnieje oczywiście duże ryzyko, że dana osoba nie zrozumie naszej reakcji, ale to nie oznacza, że mamy się biernie przyglądać, kiedy ktoś narusza nasze granice.

 

W innych przypadkach możemy porozmawiać z przyjacielem lub spisać swoje emocje na kartce.

 

Kolejnym etapem radzenia sobie z krytyką  jest obserwacja siebie w życiu codziennym. Czy przez to, że babcia mówi, że kiepsko jeżdżę samochodem, mówię do siebie: „Jestem fatalnym kierowcą”? Warto obserwować swoje myśli i zastanowić się, skąd dany osąd wziął się w naszej głowie. Jeśli ze słów innych osób, to dlaczego w niego wierzę? Szukajmy w pamięci faktów, które zaprzeczą negatywnym ocenom i pomogą nam we wzmocnieniu siebie.

 

Jeśli jednak zaobserwujemy, że nosimy w sobie głębokie rany spowodowane często słyszaną krytyką, warto zadbać o to, aby nad nimi popracować – w gabinecie psychologa, na warsztatach rozwojowych albo na jeszcze innej drodze, którą uznamy za swoją.

 

Święta są czasem spędzanym z najbliższymi. Chcemy je przeżyć jak najpiękniej i jak najprzyjemniej. Tyle że aby móc to zrobić, warto znać siebie i żyć w zgodzie ze sobą. Nie pozwalajmy, by inni traktowali nas jak worek treningowy, który przyjmie każdy cios. Dbajmy o swoje granice, bo nasza psychika to dom, w którym mieszkamy na co dzień. Kiedy ktoś go zaśmieci i zniszczy, sprzątanie i urządzanie na nowo zajmie dwa razy więcej czasu.

 

Skoro psychika jest naszym domem, urządźmy ten dom tak, jak chcemy. Po swojemu.

 

PS Za tydzień opublikuję kolejny tekst z serii #RelacyjnieDobreŚwięta. Będzie dotyczył konfliktów, które trwają pomimo świąt. Już teraz gorąco zapraszam!

 

 

Dlaczego wiem lepiej?

Tak się dziwnie składa, że większość ludzi rości sobie prawo do bycia ekspertem od… cudzego życia. Nasza „empatia” opiera się na przekonaniu, że wiemy, co jest najlepsze dla innych. W dodatku mamy potrzebę dzielić się tą wiedzą w każdej sytuacji, nawet kiedy nikt nas o to nie prosi. Sami też dowiadujemy się różnych rzeczy o tym, co powinniśmy zrobić zdaniem kogoś innego, ale uzyskana wiedza wcale nie rozwiązuje naszych problemów. Jak myślisz – dlaczego?

 

Powiedzmy, że masz jakiś problem. Osobisty, rodzinny, zawodowy lub zdrowotny. Opowiadasz o tym znajomym i… dostajesz 1001 porad, co robisz źle i co trzeba natychmiast zmienić. Być może wszystkie rady mają jakieś uzasadnienie z punktu widzenia osób, które ją wypowiadają. Tyle że – najogólniej rzecz biorąc – sprowadza się one do tego, żeby całkowicie zmienić swój system wartości i całe swoje życie.

 

Dlaczego tak chętnie wchodzimy w rolę ekspertów od cudzego życia? Dlaczego w ogóle czujemy się upoważnieni do tego, żeby wtrącać własne uwagi do sposobu, w jaki ktoś inny zarządza swoim życiem?

 

NASZE JEST LEPSZE

 

Zawsze takie będzie – oczywiście według nas. Wszystko, co wiemy, jest już nam doskonale znane i sprawdziło się w różnych sytuacjach (albo uważamy, że na pewno się sprawdzi).  Jesteśmy z tym oswojeni i żyjemy z tą wiedzą na co dzień. Trudno nam wziąć pod uwagę, że nasze założenia sprawdzają się w naszym życiu dlatego, że mamy określoną osobowość i sytuację, a także konkretne doświadczenia, które doprowadziły nas do tego, co wiemy. Wprowadzenie jakichkolwiek zmian wymaga otwartości, odwagi, zaangażowania i wysiłku. Wybieramy więc działanie zgodne z naszym schematem myślowym, zamiast zdecydować się postąpić inaczej niż do tej pory. Dlaczego w takim razie oczekujemy od innych ludzi, że podstąpią tak, jak im radzimy?

 

NIE SŁUCHAMY, TYLKO CZEKAMY NA SWOJĄ KOLEJ, ABY SIĘ ODEZWAĆ

 

Ktoś chce się nam wygadać, a okazuje się, że to my mamy w tej sytuacji najwięcej do powiedzenia. Zakładamy, że skoro dana osoba chce porozmawiać, to oczekuje od nas rad. Kiedy będzie mówiła, wtrącimy kilka swoich uwag, oceniając sytuację, i trochę tę osobę skrytykujemy, bo przecież trzeźwy osąd zawsze się przyda. Po spotkaniu nie będziemy wiedzieć, jakie potrzeby miał ktoś, z kim rozmawialiśmy, bo nawet nie zadaliśmy sobie trudu, żeby o nie zapytać. Wygłaszając swoje uwagi, zrealizujemy wyłącznie własne potrzeby i w żaden sposób nie wesprzemy osoby, które tego wsparcia potrzebuje.

 

NIE LUBIMY CZUĆ SIĘ BEZSILNE

 

Nikt nie lubi poczucia braku sprawczości. Za każdym razem, kiedy jakaś sytuacja wymyka nam się spod kontroli, czujemy się zagrożone. To dlatego mamy potrzebę wypowiadania swojego zdania – w ten sposób odzyskujemy utraconą kontrolę i zyskujemy poczucie wpływu na sytuację. Bezczynne siedzenie i patrzenie, jak ktoś płacze? Taki scenariusz w ogóle nie przychodzi nam do głowy. Po co płakać? Trzeba działać, najlepiej zgodnie z tym, co mamy do powiedzenia. Nie bierzemy pod uwagę, że osoba, która przyszła do nas się wyżalić, potrzebuje wyłącznie wypłakania się i wysłuchania. Zależy nam na tym, żeby jak najszybciej ją pocieszyć, bo… nie radzimy sobie z jej łzami. A przecież płacz jest konkretną informacją i sposobem na wyrażenie bezsilności. Pozwólmy innym tę bezsilność wyrazić.

 

JAK WSPIERAĆ?

 

No dobrze, to co w takim razie zrobić, kiedy ktoś chce się nam wyżalić? Mamy słuchać i bezczynnie patrzeć na czyjeś łzy? Naszym zadaniem jest przede wszystkim słuchanie, pytanie o potrzeby tej osoby i akceptacja jej uczuć. Jeśli naprawdę zależy nam na tym, żeby komuś pomóc, warto się otworzyć na inny punkt widzenia. Przyjąć do wiadomości, że ktoś może nie chcieć zmienić swojej sytuacji. Pogodzić się z tym, że nie potrzebuje naszych rad i dać prawo do postąpienia tak, jak uważa. W końcu to ten ktoś jest ekspertem od swojego życia.