Zawsze jest dobry czas na terapię

Jeśli chodzi o terapię, to często słyszę wątpliwości: „Ale po co? Lepiej przeczekać albo sprawdzić inne metody”. To trochę tak, jakbyśmy zmagali się z zapaleniem płuc, ale zamiast iść do lekarza, wybralibyśmy leżenie na kanapie i udawanie, że nic nam nie dolega. „Do lekarza? Nie, bo leczenie będzie nieprzyjemne”.

 

Czy takie postępowanie nie jest absurdalne? Wmawiamy sobie, że nasze problemy wynikają z nadmiaru pracy albo ostatniego spaceru, na którym nas przewiało. Zaopatrujemy się w tabletki lub zaczynamy inhalacje, licząc, że za dzień albo dwa nam przejdzie. W efekcie kręcimy się w kółko, a nasz stan zdrowia wcale się nie poprawia. W ten sam sposób unikamy stanięcia oko w oko z koniecznością poukładania własnych emocji.

 

Mucha w pułapce

 

Wyobraźmy sobie muchę, która podlatuje do pajęczej sieci i przykleja się do niej. Im gwałtowniej będzie się ruszać, tym bardziej ograniczy swoje możliwości ucieczki. Zamiast wyrwać się z misternie ułożonych nitek, każdy najmniejszy ruch będzie powodował, że przyklei się do nich całym ciałem.

 

Podobnie dzieje się z ludźmi przed podjęciem decyzji o terapii.

 

Przechodzą kryzys i myślą: „Tyle już w życiu przeszedłem, więc przejdę i to”. Tyle że kolejne ruchy przynoszą taki sam efekt, jak w przypadku muchy, która próbuje się wydostać z pajęczej pułapki.

 

Każdy ruch i każda decyzja sprawiają, że odtwarza się stare emocje. Na ucieczkę nie ma szans, choć na początku sił do walki jest mnóstwo. Dlaczego?  Bo całą energię wkłada się w nieustanne przeżywanie tego samego konfliktu i odtwarzanie bólu z przeszłości.

 

Za młodzi na terapię, za starzy, by coś zmieniać

 

Decyzja o rozpoczęciu terapii często pojawia się w momencie, kiedy emocje zaczynają się z nas wylewać. Każdy terapeuta uczy się, że indywidualna terapia powinna trwać określoną liczbę godzin. Prawda jest jednak taka, że trudno ją oszacować z góry, bo rzadko kiedy staje się oko w oko z człowiekiem, który chce przepracować tylko jeden problem. Jak pokazują badania, średnia liczba celów, z którymi klienci przychodzą na terapię, wynosi 3,25 na osobę (Holtfroth i Grawe, 2002).

 

Czy pomyśleliście właśnie: „co to jest: 3,25 celów”?

 

Na terapię przychodzi się z teraźniejszymi problemami, które – jak się okazuje po dłuższej eksploracji – są zakorzenione w odległej przeszłości. Obecne problemy są wynikiem wzmocnienia negatywnych myśli i przekonań. Jeśli ktoś nigdy nie zbudował w sobie poczucia, że jest swoim najlepszym przyjacielem, to jak ma być wobec siebie czuły i wspierający? Jak ma stawiać granice, skoro nigdy nie nauczył się asertywności? Te pytania są zaplątane w liczne przekonania, przykre doświadczenia i zaburzone relacje. Właśnie dlatego na terapię nigdy nie jest za późno, a jednocześnie nigdy nie jest na nią za wcześnie.

 

Strach ma oczy terapeuty

 

Jak rozmawiać o osobistych doświadczeniach z człowiekiem, którego nie znamy? Czy terapeuta będzie o nas źle myślał, oceniał albo powie, że jesteśmy idiotami? To tylko niektóre myśli, które towarzyszą ludziom na myśl o terapii i wzmagają lęk przed umówieniem się na wizytę. Czasami strach przed otwarciem się oraz przed oceną jest tak silny, że do spotkania z terapeutą nigdy nie dochodzi.

 

Mamy w głowie mnóstwo pytań i najchętniej poznalibyśmy wszystkie myśli drugiego człowieka na nasz temat. Musimy jednak wiedzieć, że terapeuta nie ocenia i nie doradza.

 

Jednym z głównych narzędzi pracy terapeuty jest empatia. Gdyby którykolwiek terapeuta skupił się na ocenianiu klienta, szybko by go zniechęcił nie tylko do siebie, lecz także do psychoterapii.

 

Żeby zobaczyć i zrozumieć, co czuje druga osoba, trzeba słuchać i umieć wczuć się w cudze emocje. Zadaniem i celem psychologa jest niesienie pomocy, dlatego tym, czego można się spodziewać u niego w gabinecie, są pytania. Bez odpowiedzi na nie będzie mu trudno Ci pomóc. A przecież w terapii chodzi o Ciebie.

 

Mistrz ceremonii to Ty

 

Dochodzimy do sedna. Głównym bohaterem i kierownikiem całej terapii jest… jej pacjent. Pomyślisz sobie – „w takim razie po co mi terapeuta”?

 

Odpowiedź jest prosta. Cała wiedza kryje się w Tobie. Psycholog zna wyłącznie narzędzia, dzięki którym pomoże Ci naprawić wiele rzeczy. Tyle że aby ta naprawa odniosła trwały rezultat, trzeba wiedzieć, co się zepsuło, czyli poznać przyczyny obecnego stanu rzeczy.

Tylko Ty je znasz.

Tylko Ty wiesz, w czym się kryją.

Terapeuta jest towarzyszem tej drogi, pomocnikiem zadającym właściwe pytania i wskazującym to, co trzeba naprawić.

 

Ostatecznie wszystko i tak zależy od Ciebie – Twojego udziału w procesie, zaangażowania i gotowości do wprowadzania zmian. Jeśli brak Ci tej ostatniej – powiedz o tym. To będzie ważna wskazówka dla wspólnej pracy. Próbuj, pytaj, rozmawiaj. Gabinet psychoterapeuty to Twoja bezpieczna przystań.

 

Kiedy zacząć terapię

 

Ilekroć rozmawiam z ludźmi o psychoterapii, wszyscy myślą, że jeszcze mają na nią czas. Wszak mieli szczęśliwe dzieciństwo, tworzą udane relacje, właściwie tylko z jednym obszarem jest problem. Niewiele osób dostrzega, że jeden obszar wpływa na drugi, oblepiając go jak pajęcza sieć – kawałek po kawałku.

 

Wcale nie trzeba mieć tysiąca problemów, aby pójść na terapię. Wystarczy jeden. Możesz mi wierzyć, że rozwiązanie tego jednego problemu przyniesie korzyści także w innych aspektach życia.

Czym różni się depresja od smutku?

Przyszła jesień, a wraz z nią słynne stwierdzenie wielu ludzi: „mam jesienną depresję”. O ile rozumiem, że mniejsza ilość słońca (a nawet jego brak), krótsze i znacznie chłodniejsze dni nie napawają optymizmem, o tyle użycie słowa „depresja” w takim kontekście to duże nadużycie. W dodatku krzywdzące. Zwłaszcza dla ludzi, którzy naprawdę zmagają się z depresją.

 

Osoby cierpiące na depresję bardzo często starają się zamaskować objawy, które im towarzyszą. Nie tylko nie zgłaszają się po pomoc do specjalisty, lecz także nie mówią rodzinie ani nikomu ze swojego najbliższego otoczenia, co się z nimi dzieje. Uważają, że poradzą sobie sami lub wstydzą się poprosić o pomoc, bo w ich mniemaniu depresja świadczy o słabości. To duży błąd, bo depresja jest chorobą. W dodatku bardzo poważną.

 

Wielu ludzi, którzy cierpią na depresję, postanawia odebrać sobie życie. Mają dość codziennych bitew, które muszą stoczyć, żeby w ogóle wstać z łóżka. Chcą przestać się ze sobą szarpać i każdego dnia staczać boje, na które nie mają siły. Decydują się na ostateczny krok, bo nie potrafią sobie poradzić z tym, co dzieje się w ich głowie.

 

O skali problemu samobójstw świadczą statystyki Komendy Głównej Policji. Z danych opublikowanych w raporcie Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w Polsce w 2016 roku na swoje życie targnęło się blisko 10 tysięcy osób. Ponad połowa z nich zmarła.

 

Jak odróżnić depresję od smutku?

 

Smutek jest wynikiem konkretnych wydarzeń, sytuacji czy zachowań, z którymi mamy do czynienia. Jesteśmy smutni w czasie żałoby, po rozstaniu z kimś, kto był dla nas ważny, a nawet w czasie przeżywania silnego stresu lub niemiłej sytuacji. Powodów smutku jest mnóstwo. Tym, co odróżnia smutek od depresji jest czas przeżywania – smutek ma swój początek i koniec. Depresja, zwłaszcza nieleczona, może trwać bez końca.

 

Jakie są objawy depresji?

 

Depresja zaczyna się od obniżenia nastroju, który może trwać tygodniami lub nawet miesiącami. Takiemu stanowi towarzyszą najczęściej dodatkowe objawy, do których należą na przykład:

– zaburzenia snu (nadmierna senność lub bezsenność),

– zaburzenia apetytu (nadmierny apetyt lub brak apetytu),

– anhedonia, czyli brak umiejętności odczuwania przyjemności,

– lęk,

– spadek aktywności życiowej,

– ruminacje, czyli nawracające uporczywe myśli,

– poczucie winy,

– myśli samobójcze.

 

Smutek a depresja – różnice

 

Odczuwając smutek, nie mamy większych problemów z funkcjonowaniem w otaczającej nas rzeczywistości. Owszem, jest nam smutno, przez co możemy nie mieć ochoty na wiele aktywności. Mimo to wiemy, że kiedy damy sobie prawo do odczuwania smutku i zaopiekujemy się sobą, w końcu się z nim pożegnamy. Depresja z kolei całkowicie zaburza odnalezienie się w codziennym życiu. Dla osoby, która cierpi na depresję, nawet najprostsze czynności są trudne do wykonania. Wszystko, co ma zrobić, powoduje u niej lęk i bezradność, a w konsekwencji poczucie winy oraz przekonanie, że nie radzi sobie ze swoim życiem.

 

Jak stwierdzić, czy mam depresję?

 

Zamiast diagnozować się samodzielnie, najlepiej udać się do specjalisty. Jeśli psychiatra nie stwierdzi depresji, z pewnością pomoże nam uporać się z emocjami wywołanymi silnym stresem lub wydarzeniami, z którymi nie możemy się pogodzić. Jeśli jednak specjalista uzna, że cierpimy na depresję, zaproponuje odpowiednie leczenie.

 

Po co iść na terapię?

 

Z punktu widzenia zdrowia psychicznego bardzo ważną umiejętnością człowieka jest umiejętność obserwacji siebie i swoich stanów emocjonalnych. To ona pozwala nam na wychwycenie alarmujących sygnałów i podjęcie odpowiednich działań.

 

Sięgnięcie po pomoc w walce z depresją to próba stawienia czoła naprawdę trudnej chorobie, która w skrajnych przypadkach może mieć dramatyczne konsekwencje. Decyzja o udaniu się do teraputy nie jest więc oznaką słabości. Przeciwnie – to oznaka dojrzałości, siły i odpowiedzialności za swoje życie. Jeśli jesteśmy smutni, podczas terapii nauczymy się lepiej siebie rozumieć i pomagać w innych sytuacjach, które wywołują smutek. Jeśli zaś zmagamy się z depresją, wizyta u specjalisty to pierwszy krok do tego, by wyzdrowieć.

 

 

 

 

 

 

 

Możesz wszystko – o kłamstwie, w które uwierzyliśmy

Robimy mnóstwo rzeczy, żeby mieć więcej – pieniędzy, ubrań, biżuterii, gadżetów. Więcej życia, którym moglibyśmy się pochwalić. Wierzymy, że możemy zdobyć świat, jeśli bardziej się postaramy. Oglądamy wystąpienia ludzi, którzy twierdzą, że aby dojść na szczyt, wystarczy tylko chcieć i być odpowiednio zmotywowanym. Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej.

 

Nie zawsze możesz wszystko.

 

I to wcale nie oznacza, że jesteś beznadziejna.

 

Postawmy sprawę jasno – ma nic złego w tym, że ludzie chcą być pełni energii i motywacji do działania. To dwa składniki, które pozwalają na pracę z przyjemnością i skoncentrowanie się na dążeniu do wyznaczonych celów. Kiedy ma się w sobie pasję i energię, chętnie podejmuje się nowe wyzwania i wykonuje powierzone zadania. Robiąc to, co nas napędza i co naprawdę się lubi, można czasami zapomnieć o zmęczeniu. Ludzie są szczęśliwi, przebywając z osobą, która tryska optymizmem i zaraża innych pozytywnym nastawieniem. Lgną do niej, bo być może dzięki temu, że z nią obcują, udzieli im się jej dobry nastrój. I czasami naprawdę się udziela!

 

Chyba każdy z nas chciałby codziennie rano wstawać z uśmiechem na twarzy i biec po obłoczkach szczęścia, wykonując swoje obowiązki. O nie! Napisałam OBOWIĄZKI? Najmocniej przepraszam. Przecież w tak ekstatycznym stanie radości nie ma mowy obowiązkach, bo wszystko jest przyjemnością, prawda? A przynajmniej chcielibyśmy w to wierzyć.

 

Większość z nas szuka sprawdzonych sposobów i złotych rad, które pozwolą osiągnąć sukces i spełnić marzenia. Wyobrażamy sobie, że wystarczy się skupić na celu, a energia pojawi się sama. I właśnie tak próbujemy się zmotywować – szukamy dowodów na to, że postępując w określony sposób, można żyć jak w bajce. Spędzamy mnóstwo czasu na czytaniu historii, które mają nam dodać odwagi i pewności siebie. Wkładamy mnóstwo energii w szukanie zapału do realizacji celów, które… być może wcale nie są dla nas i nigdy nie staną się naszym udziałem.

 

Jednym z powodów, dlaczego nie zawsze możemy dostać to, czego chcemy, są pewne ograniczenia, których nie da się obejść. Jeśli aktualnie z jakichś powodów odczuwasz silny lęk, prawdopodobnie nie podejmiesz odważnych kroków lub zrobisz ich kilka, ale cena, którą zapłacisz, będzie tak wysoka, że zrezygnujesz z dalszej drogi.

Gdy nosisz w sobie duży ładunek nieprzepracowanego wcześniej smutku, trudno będzie Ci odczuwać radość w sytuacjach, w których zazwyczaj Ci towarzyszyła. Zależność jest prosta – Twój stan psychiczny wpływa na Twoje możliwości.

 

Drugą blokadą są cechy osobowości. Ekstrawertyczkom trudno będzie odnaleźć się w pracy, która wymaga ograniczenia kontaktów międzyludzkich, a osobom, które działają zgodnie ze swoimi zasadami – w pracy pozbawionej określonych reguł. Jeśli nie masz odpowiedniej skali głosu, nie zostaniesz piosenkarką estradową zarabiającą miliony. Tyle że to wcale nie oznacza, że brak umiejętności porywania tłumów swoim śpiewem zabrania Ci być szczęśliwą i spełnioną. Oznacza to, że na tej płaszczyźnie (w tym przypadku na estradzie) nie osiągniesz tego, o czym marzysz. Pewnie będzie Ci smutno, kiedy to odkryjesz, ale będziesz musiała się z tym pogodzić. I zrozumieć, rezygnując z tego marzenia, robisz dla siebie coś dobrego. Pogodzenie się ze swoimi ograniczeniami paradoksalnie pozwoli Ci się do siebie zbliżyć i lepiej zrozumieć.

 

W spełnianiu marzeń nie zawsze można liczyć na sprzyjające okoliczności. Gdy na swojej drodze napotkasz problemy w ich realizacji, nie poddawaj się myśleniu, że jesteś do niczego. Skup się wtedy na swoim wnętrzu, zaopiekuj się sobą, swoimi emocjami i ważnymi dla siebie relacjami. Świadomość, że nie osiągniesz czegoś, o czym marzyłaś, bo ograniczają Cię możliwości, wcale nie sprawia, że się cofasz. Wręcz przeciwnie – rozwijasz się, tylko na innym polu.

 

Wiesz, dlaczego umiejętność odpuszczania jest taka ważna? Bo w czasie, kiedy płaczesz i próbujesz ukoić swoje emocje, dajesz sobie prawo do tego, by się zatrzymać. Nie pędzisz ślepo za marzeniem, wierząc, że chcieć to móc. Nie spalasz się, próbując przebić głową mur, którego i tak nią nie przebijesz. Odpuszczenie tej gonitwy to Twój czas na regenerację i odnowienie energii, którą wcześniej straciłaś.

 

Pamiętaj, że w zagubieniu się we własnych marzeniach nie ma nic złego. Najważniejsze to umieć się odnaleźć, zweryfikować swoje pragnienia i ruszyć dalej w kontakcie ze sobą i swoimi pragnieniami, które płyną prosto z serca.

 

Zaufać sobie i znaleźć swoją własną drogę do szczęścia.

 

 

 

 

 

 

 

Kto się boi terapii?

Chodzimy do dentysty, bo dbamy o zęby, i do dermatologa, bo zależy nam na tym, żeby mieć piękną skórę. Regularnie badamy się u ginekologa, bo chcemy być zdrowe i urodzić dzieci. Dlaczego w takim razie unikamy psychologa?

 

Pokój. W środku kanapa lub fotele, być może stolik. I obca osoba, przed którą masz się otworzyć, odsłonić swoje myśli i uczucia, wiedząc, że druga strona tego nie zrobi. Przychodzisz do tego pokoju z bólem duszy, z problemem, który pali tak, że masz wrażenie, że zaraz wybuchniesz. Chwytasz za klamkę i tylko Ty wiesz, ile w tej chwili kłębi się w Tobie lęku i pytań, na które chcesz poznać odpowiedź.

 

Ten sam pokój. Przychodzi tu codziennie od lat. Siada na kanapie albo fotelu, przy stoliku, na którym stoją szklanki z wodą. Obok leżą chusteczki. Nie dlatego, że przewiduje, że osoba, która tu przyjdzie, będzie płakać. Chce tylko, żeby wiedziała, że są pod ręką, kiedy łzy same zaczną płynąć, a ona będzie chciała jak najszybciej je ukryć. Pierwsze spotkanie. Nie wie, z czym przychodzi, czego chce, gdzie czai się jej ból ani jak wygląda jej system wartości. Szuka, ale musi liczyć się z tym, że może nie znaleźć. Bada, mając nadzieję, że każde następne pytanie nada właściwy kierunek terapii, którą prowadzi.

 

Terapia wydaje się być trudna tylko dla jednej osoby – klienta. Tymczasem dotyczy ona dwóch osób, które nie wiedzą, czego się po sobie spodziewać. Nie mają też pojęcia, dokąd zmierzają w tej wspólnej podróży, na którą obie się zdecydowały. Zanim wyruszą na szlak, muszą sobie zaufać. A jak to zrobić, skoro widzą się pierwszy raz w życiu?

 

Nasze życie opiera się na zaufaniu. Oddajemy opiekę nad naszymi dziećmi przedszkolankom i nauczycielom. Jeździmy autobusami, ufając kierowcom, że dowiozą nas tam, dokąd chcemy dojechać. Przychodzimy do lekarzy, ufając, że nas wyleczą. Przyjdźmy więc i do psychologa, ufając, że nam pomoże.

 

 

 

I pamiętajmy, że pozytywne efekty terapii pojawią się tylko wtedy, kiedy pacjent i psycholog się przed sobą otworzą – pacjent swoją opowieścią, a psycholog gotowością na wysłuchanie tej opowieści z zainteresowaniem.