Zawsze jest dobry czas na terapię

Jeśli chodzi o terapię, to często słyszę wątpliwości: „Ale po co? Lepiej przeczekać albo sprawdzić inne metody”. To trochę tak, jakbyśmy zmagali się z zapaleniem płuc, ale zamiast iść do lekarza, wybralibyśmy leżenie na kanapie i udawanie, że nic nam nie dolega. „Do lekarza? Nie, bo leczenie będzie nieprzyjemne”.

 

Czy takie postępowanie nie jest absurdalne? Wmawiamy sobie, że nasze problemy wynikają z nadmiaru pracy albo ostatniego spaceru, na którym nas przewiało. Zaopatrujemy się w tabletki lub zaczynamy inhalacje, licząc, że za dzień albo dwa nam przejdzie. W efekcie kręcimy się w kółko, a nasz stan zdrowia wcale się nie poprawia. W ten sam sposób unikamy stanięcia oko w oko z koniecznością poukładania własnych emocji.

 

Mucha w pułapce

 

Wyobraźmy sobie muchę, która podlatuje do pajęczej sieci i przykleja się do niej. Im gwałtowniej będzie się ruszać, tym bardziej ograniczy swoje możliwości ucieczki. Zamiast wyrwać się z misternie ułożonych nitek, każdy najmniejszy ruch będzie powodował, że przyklei się do nich całym ciałem.

 

Podobnie dzieje się z ludźmi przed podjęciem decyzji o terapii.

 

Przechodzą kryzys i myślą: „Tyle już w życiu przeszedłem, więc przejdę i to”. Tyle że kolejne ruchy przynoszą taki sam efekt, jak w przypadku muchy, która próbuje się wydostać z pajęczej pułapki.

 

Każdy ruch i każda decyzja sprawiają, że odtwarza się stare emocje. Na ucieczkę nie ma szans, choć na początku sił do walki jest mnóstwo. Dlaczego?  Bo całą energię wkłada się w nieustanne przeżywanie tego samego konfliktu i odtwarzanie bólu z przeszłości.

 

Za młodzi na terapię, za starzy, by coś zmieniać

 

Decyzja o rozpoczęciu terapii często pojawia się w momencie, kiedy emocje zaczynają się z nas wylewać. Każdy terapeuta uczy się, że indywidualna terapia powinna trwać określoną liczbę godzin. Prawda jest jednak taka, że trudno ją oszacować z góry, bo rzadko kiedy staje się oko w oko z człowiekiem, który chce przepracować tylko jeden problem. Jak pokazują badania, średnia liczba celów, z którymi klienci przychodzą na terapię, wynosi 3,25 na osobę (Holtfroth i Grawe, 2002).

 

Czy pomyśleliście właśnie: „co to jest: 3,25 celów”?

 

Na terapię przychodzi się z teraźniejszymi problemami, które – jak się okazuje po dłuższej eksploracji – są zakorzenione w odległej przeszłości. Obecne problemy są wynikiem wzmocnienia negatywnych myśli i przekonań. Jeśli ktoś nigdy nie zbudował w sobie poczucia, że jest swoim najlepszym przyjacielem, to jak ma być wobec siebie czuły i wspierający? Jak ma stawiać granice, skoro nigdy nie nauczył się asertywności? Te pytania są zaplątane w liczne przekonania, przykre doświadczenia i zaburzone relacje. Właśnie dlatego na terapię nigdy nie jest za późno, a jednocześnie nigdy nie jest na nią za wcześnie.

 

Strach ma oczy terapeuty

 

Jak rozmawiać o osobistych doświadczeniach z człowiekiem, którego nie znamy? Czy terapeuta będzie o nas źle myślał, oceniał albo powie, że jesteśmy idiotami? To tylko niektóre myśli, które towarzyszą ludziom na myśl o terapii i wzmagają lęk przed umówieniem się na wizytę. Czasami strach przed otwarciem się oraz przed oceną jest tak silny, że do spotkania z terapeutą nigdy nie dochodzi.

 

Mamy w głowie mnóstwo pytań i najchętniej poznalibyśmy wszystkie myśli drugiego człowieka na nasz temat. Musimy jednak wiedzieć, że terapeuta nie ocenia i nie doradza.

 

Jednym z głównych narzędzi pracy terapeuty jest empatia. Gdyby którykolwiek terapeuta skupił się na ocenianiu klienta, szybko by go zniechęcił nie tylko do siebie, lecz także do psychoterapii.

 

Żeby zobaczyć i zrozumieć, co czuje druga osoba, trzeba słuchać i umieć wczuć się w cudze emocje. Zadaniem i celem psychologa jest niesienie pomocy, dlatego tym, czego można się spodziewać u niego w gabinecie, są pytania. Bez odpowiedzi na nie będzie mu trudno Ci pomóc. A przecież w terapii chodzi o Ciebie.

 

Mistrz ceremonii to Ty

 

Dochodzimy do sedna. Głównym bohaterem i kierownikiem całej terapii jest… jej pacjent. Pomyślisz sobie – „w takim razie po co mi terapeuta”?

 

Odpowiedź jest prosta. Cała wiedza kryje się w Tobie. Psycholog zna wyłącznie narzędzia, dzięki którym pomoże Ci naprawić wiele rzeczy. Tyle że aby ta naprawa odniosła trwały rezultat, trzeba wiedzieć, co się zepsuło, czyli poznać przyczyny obecnego stanu rzeczy.

Tylko Ty je znasz.

Tylko Ty wiesz, w czym się kryją.

Terapeuta jest towarzyszem tej drogi, pomocnikiem zadającym właściwe pytania i wskazującym to, co trzeba naprawić.

 

Ostatecznie wszystko i tak zależy od Ciebie – Twojego udziału w procesie, zaangażowania i gotowości do wprowadzania zmian. Jeśli brak Ci tej ostatniej – powiedz o tym. To będzie ważna wskazówka dla wspólnej pracy. Próbuj, pytaj, rozmawiaj. Gabinet psychoterapeuty to Twoja bezpieczna przystań.

 

Kiedy zacząć terapię

 

Ilekroć rozmawiam z ludźmi o psychoterapii, wszyscy myślą, że jeszcze mają na nią czas. Wszak mieli szczęśliwe dzieciństwo, tworzą udane relacje, właściwie tylko z jednym obszarem jest problem. Niewiele osób dostrzega, że jeden obszar wpływa na drugi, oblepiając go jak pajęcza sieć – kawałek po kawałku.

 

Wcale nie trzeba mieć tysiąca problemów, aby pójść na terapię. Wystarczy jeden. Możesz mi wierzyć, że rozwiązanie tego jednego problemu przyniesie korzyści także w innych aspektach życia.

Jak sobie radzić z krytyką (nie tylko w święta)?

Czym właściwie jest krytyka? Czy ma budującą i motywującą moc? Jak sobie radzić, kiedy krytykują nas najbliżsi? Zapraszam do lektury pierwszego tekstu w ramach akcji #RelacyjnieDobreŚwięta!

 

„Z czym to ciasto? Z marchewką? Ty tylko o tych warzywach, dlatego jesteś taka chuda”. „Twoja siostra znakomicie jeździ autem, nie to co Ty”. „Dziewczynę może byś sobie znalazł, bo inaczej zdziwaczejesz. W sumie to już zacząłeś”. „Chyba najwyższy czas zadbać o siebie po tej ciąży”. Kojarzysz te słowa? A może masz własne przykłady?

 

Zbliżają się święta i chyba każdy z nas marzy o tym, aby przebiegały w atmosferze jak z reklamy świątecznej. Wszyscy radośnie i miło spędzają wspólny czas, mówią sobie komplementy, a po dotychczasowych urazach i konfliktach nie ma śladu. Niestety, w rzeczywistości niełatwo o taki scenariusz. Wcale nie dlatego, że nic nie jest tak piękne i kolorowe jak w reklamie, ale dlatego, że relacje międzyludzkie rządzą się swoimi prawami. A raczej prawami ustalanymi przez ludzi, którzy te relacje współtworzą.

 

Jak zadbać o siebie i swoje emocje w czasie świąt Bożego Narodzenia, kiedy ktoś nas krytykuje?

 

Słowo „krytyka” pochodzi od łacińskiego criticus, czyli osądzający. Osądzanie jest z kolei oceną zarówno pozytywnych, jak i negatywnych zjawisk. Często o tym zapominamy, bo w wielu sytuacjach wyrażamy swoje zdanie, skupiając się wyłącznie na negatywach. Dodatkowo nie szukamy rozwiązania problemu i pomijamy potrzeby osoby, którą  krytykujemy. Bo czy myślimy o tym, aby zapytać, czy ktoś w ogóle chce usłyszeć nasz osąd? No właśnie. Tym samym nie dajemy tej osobie prawa do odmowy usłyszenia krytyki.

 

My również mamy to prawo. Możemy nie chcieć jej słuchać, bo towarzyszy nam niskie poczucie własnej wartości i nie czujemy się na siłach, aby zmierzyć się z czyimś zdaniem, albo po prostu trudno nam się uporać z negatywnymi opiniami na nasz temat.

 

Aby krytyka wnosiła do naszego życia coś dobrego, musi przedstawiać rozwiązanie konkretnej sytuacji, a nie tylko negatywną opinię, z której tak naprawdę nic nie wynika. Przede wszystkim jednak powinniśmy mieć prawo wyboru, czy chcemy usłyszeć słowa krytyki.

 

Czy krytyka motywuje?

 

W wielu filmach główni bohaterowie są krytykowani w kulminacyjnym momencie. Ta chwila wyzwala w nich skumulowaną moc, a kiedy ją poczują, postanawiają: koniec z byciem ofiarą! Oglądając taki schemat, regularnie tworzymy w sobie przekonanie, że krytyka jest motywująca i powinna utwierdzać nas w przekonaniu: „ja wam jeszcze pokażę”! Tyle że wcale tak nie jest.

 

Krytyka budzi wiele emocji: złość, smutek, żal, wstyd, poczucie winy i wiele innych. Jeśli krytykują nas bliskie osoby, często nie pozwalamy sobie na to, aby te emocje wyrazić. A co to dla nas oznacza? Tłumimy je i odtwarzamy w chwilach przypominających pierwszą sytuację, w której zostaliśmy skrytykowani w ten sposób. To prosta droga do tego, by każdą krytykę uznawać za atak lub podstawę do zadręczania się poczuciem, że jesteśmy niewystarczająco dobrzy.

 

Między innymi właśnie takie szkody wyrządza krytyka. Emocje, które nam towarzyszą, kiedy jej słuchamy, nie znikają wraz z zakończeniem cudzego wywodu. Zostają w nas jak dziura po wyjętym gwoździu.

 

Jak sobie radzić z krytyką od najbliższych?

 

Po pierwsze pamiętajmy o prawie do powiedzenia, że nie życzymy sobie krytyki. To, że nie wyrażamy zgody na wysłuchanie czyjegoś osądu lub nie zgadzamy się z czyjąś negatywną opinią na swój temat, nie oznacza, że jesteśmy niekulturalni czy pozbawieni szacunku do kogoś. Po prostu możemy powiedzieć „nie”.

 

Sytuacja się komplikuje, kiedy mamy do czynienia z osobą, która nie reaguje na nasze „nie”. Co wtedy zrobić?

 

W pierwszej kolejności warto dać upust swoim emocjom. Nie zawsze mamy taką możliwość, w końcu trudno to zrobić przy wszystkich. Ale jeśli mamy palącą potrzebę, żeby powiedzieć o swojej złości czy innych emocjach, zróbmy to. Istnieje oczywiście duże ryzyko, że dana osoba nie zrozumie naszej reakcji, ale to nie oznacza, że mamy się biernie przyglądać, kiedy ktoś narusza nasze granice.

 

W innych przypadkach możemy porozmawiać z przyjacielem lub spisać swoje emocje na kartce.

 

Kolejnym etapem radzenia sobie z krytyką  jest obserwacja siebie w życiu codziennym. Czy przez to, że babcia mówi, że kiepsko jeżdżę samochodem, mówię do siebie: „Jestem fatalnym kierowcą”? Warto obserwować swoje myśli i zastanowić się, skąd dany osąd wziął się w naszej głowie. Jeśli ze słów innych osób, to dlaczego w niego wierzę? Szukajmy w pamięci faktów, które zaprzeczą negatywnym ocenom i pomogą nam we wzmocnieniu siebie.

 

Jeśli jednak zaobserwujemy, że nosimy w sobie głębokie rany spowodowane często słyszaną krytyką, warto zadbać o to, aby nad nimi popracować – w gabinecie psychologa, na warsztatach rozwojowych albo na jeszcze innej drodze, którą uznamy za swoją.

 

Święta są czasem spędzanym z najbliższymi. Chcemy je przeżyć jak najpiękniej i jak najprzyjemniej. Tyle że aby móc to zrobić, warto znać siebie i żyć w zgodzie ze sobą. Nie pozwalajmy, by inni traktowali nas jak worek treningowy, który przyjmie każdy cios. Dbajmy o swoje granice, bo nasza psychika to dom, w którym mieszkamy na co dzień. Kiedy ktoś go zaśmieci i zniszczy, sprzątanie i urządzanie na nowo zajmie dwa razy więcej czasu.

 

Skoro psychika jest naszym domem, urządźmy ten dom tak, jak chcemy. Po swojemu.

 

PS Za tydzień opublikuję kolejny tekst z serii #RelacyjnieDobreŚwięta. Będzie dotyczył konfliktów, które trwają pomimo świąt. Już teraz gorąco zapraszam!

 

 

Jak odróżnić strach od lęku?

Strach ma wielkie oczy, a lęk? Kiedy określamy swój stan emocjonalny, bardzo często posługujemy się słowem „strach”. Niestety, okazuje się, że wiele z nas myli go z lękiem. A to właśnie lęku powinniśmy się obawiać. Zwłaszcza wtedy, kiedy zaczyna przejmować kontrolę nad naszym życiem i powodować, że w naszych głowach wszystko staje się niemożliwe do osiągnięcia.

 

Od lat odbieramy strach jako negatywną emocję. O ludziach, którzy go odczuwają, wypowiadamy się raczej mało pochlebnie – mówimy, że są strachliwi i słabi, a nawet określamy ich mianem tchórzy. Tymczasem odczuwanie strachu pełni odpowiedzialną funkcję – informuje nas o zbliżającym się, realnym zagrożeniu, któremu trzeba będzie stawić czoło. To strach wysyła do naszego mózgu informację o niebezpieczeństwie, dzięki czemu możemy szybko zareagować, aby się obronić.

Warto zdawać sobie sprawę z faktu, że strach pojawia się tylko w obliczu realnego zagrożenia, którym może być osoba, zwierzę lub sytuacja (np. pożar).

 

STRACH A LĘK – CZYM SIĘ RÓŻNIĄ

 

Strach jest bardzo często mylony z lękiem. To prawda, że obie emocje są do siebie podobne. Różni je jednak bardzo ważna rzecz – komponent poznawczy.

Strach jest reakcją na realne zagrożenie, lęk ma z kolei bardziej odrealniony, często trudny do nazwania powód. Kiedy odczuwamy lęk, nie ma wokół nas prawdziwego zagrożenia. Jest tylko jego wyobrażenie, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

 

Strach mija dokładnie wtedy, kiedy znika bodziec, którego się boimy. Lęk uaktywnia się z kolei pod wpływem bodźca wyobrażeniowego, który pojawia się w naszej głowie bez konkretnego powodu. Problem zaczyna się wtedy, kiedy lęk… nie mija. Jeśli tak się dzieje i cały czas mamy poczucie, że może zdarzyć się coś złego, to znaczy, że lęk przejął kontrolę nad naszym życiem. W takiej sytuacji jedynym wyjściem jest udanie się do specjalisty, aby zacząć pracę nad blokującymi nas wyobrażeniami.

 

Do specjalisty trzeba wybrać się także wtedy, kiedy strach staje się na tyle paraliżujący, że uniemożliwia nam jakiekolwiek działanie. Gdy czujemy, że nie możemy nic zrobić, a podjęcie decyzji nas przerasta, to znak, że czas na terapię. Jeśli tego nie zrobimy, strach będzie utrudniał nam codzienne życie. A przecież nie chcemy żyć pod dyktando strachu, prawda?

 

3 HORMONY STRACHU I LĘKU

 

Strach i lęk powodują, że nasz organizm produkuje takie hormony jak kortyzol, norepinefrynę i adrenalinę. Kortyzol jest nazywany hormonem stresu, którego wyrzut skutkuje także podwyższeniem poziomu glukozy we krwi. Dzieje się tak dlatego, że do zwalczenia niebezpieczeństwa potrzebujemy energii. Jej zapas zapewnia nam właśnie glukoza.

 

Kortyzol sprzyja również produkcji dwóch pozostałych hormonów. Norepinefryna wyostrza naszą uwagę i koncentrację, zaś adrenalina przyspiesza reakcję na bodźce zewnętrzne. Wszystkie trzy hormony sprawiają, że nasz organizm jest w pełnej gotowości do obrony.

 

WPŁYW STRACHU I LĘKU NA ORGANIZM

 

Wiele osób uważa, że strach jest zbędną i bardzo ograniczającą emocją. Nic bardziej mylnego! Dzięki strachowi dostajemy impuls do mobilizacji i potrafimy szybko działać w obliczu zagrożenia. Lęk z kolei jest bardziej ogólną emocją, która może się pojawiać w wyniku trudnych doświadczeń lub głęboko zakorzenionych obaw.

 

Długotrwałe i silne odczuwanie zarówno strachu, jak i lęku powoduje, że organizm staje się wycieńczony. Kiedy realne niebezpieczeństwo mija, czujemy się senni i zmęczeni, a nasza forma fizyczna jest daleka od normy. Jeśli jednak nieustannie towarzyszy nam lęk, możemy się tak czuć przez cały czas.

 

Wzmożone lub zbyt długie odczuwanie obu tych emocji powinno zawsze powinno wzbudzać naszą czujność i skłaniać do jak najszybszej wizyty u psychologa.

Możesz wszystko – o kłamstwie, w które uwierzyliśmy

Robimy mnóstwo rzeczy, żeby mieć więcej – pieniędzy, ubrań, biżuterii, gadżetów. Więcej życia, którym moglibyśmy się pochwalić. Wierzymy, że możemy zdobyć świat, jeśli bardziej się postaramy. Oglądamy wystąpienia ludzi, którzy twierdzą, że aby dojść na szczyt, wystarczy tylko chcieć i być odpowiednio zmotywowanym. Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej.

 

Nie zawsze możesz wszystko.

 

I to wcale nie oznacza, że jesteś beznadziejna.

 

Postawmy sprawę jasno – ma nic złego w tym, że ludzie chcą być pełni energii i motywacji do działania. To dwa składniki, które pozwalają na pracę z przyjemnością i skoncentrowanie się na dążeniu do wyznaczonych celów. Kiedy ma się w sobie pasję i energię, chętnie podejmuje się nowe wyzwania i wykonuje powierzone zadania. Robiąc to, co nas napędza i co naprawdę się lubi, można czasami zapomnieć o zmęczeniu. Ludzie są szczęśliwi, przebywając z osobą, która tryska optymizmem i zaraża innych pozytywnym nastawieniem. Lgną do niej, bo być może dzięki temu, że z nią obcują, udzieli im się jej dobry nastrój. I czasami naprawdę się udziela!

 

Chyba każdy z nas chciałby codziennie rano wstawać z uśmiechem na twarzy i biec po obłoczkach szczęścia, wykonując swoje obowiązki. O nie! Napisałam OBOWIĄZKI? Najmocniej przepraszam. Przecież w tak ekstatycznym stanie radości nie ma mowy obowiązkach, bo wszystko jest przyjemnością, prawda? A przynajmniej chcielibyśmy w to wierzyć.

 

Większość z nas szuka sprawdzonych sposobów i złotych rad, które pozwolą osiągnąć sukces i spełnić marzenia. Wyobrażamy sobie, że wystarczy się skupić na celu, a energia pojawi się sama. I właśnie tak próbujemy się zmotywować – szukamy dowodów na to, że postępując w określony sposób, można żyć jak w bajce. Spędzamy mnóstwo czasu na czytaniu historii, które mają nam dodać odwagi i pewności siebie. Wkładamy mnóstwo energii w szukanie zapału do realizacji celów, które… być może wcale nie są dla nas i nigdy nie staną się naszym udziałem.

 

Jednym z powodów, dlaczego nie zawsze możemy dostać to, czego chcemy, są pewne ograniczenia, których nie da się obejść. Jeśli aktualnie z jakichś powodów odczuwasz silny lęk, prawdopodobnie nie podejmiesz odważnych kroków lub zrobisz ich kilka, ale cena, którą zapłacisz, będzie tak wysoka, że zrezygnujesz z dalszej drogi.

Gdy nosisz w sobie duży ładunek nieprzepracowanego wcześniej smutku, trudno będzie Ci odczuwać radość w sytuacjach, w których zazwyczaj Ci towarzyszyła. Zależność jest prosta – Twój stan psychiczny wpływa na Twoje możliwości.

 

Drugą blokadą są cechy osobowości. Ekstrawertyczkom trudno będzie odnaleźć się w pracy, która wymaga ograniczenia kontaktów międzyludzkich, a osobom, które działają zgodnie ze swoimi zasadami – w pracy pozbawionej określonych reguł. Jeśli nie masz odpowiedniej skali głosu, nie zostaniesz piosenkarką estradową zarabiającą miliony. Tyle że to wcale nie oznacza, że brak umiejętności porywania tłumów swoim śpiewem zabrania Ci być szczęśliwą i spełnioną. Oznacza to, że na tej płaszczyźnie (w tym przypadku na estradzie) nie osiągniesz tego, o czym marzysz. Pewnie będzie Ci smutno, kiedy to odkryjesz, ale będziesz musiała się z tym pogodzić. I zrozumieć, rezygnując z tego marzenia, robisz dla siebie coś dobrego. Pogodzenie się ze swoimi ograniczeniami paradoksalnie pozwoli Ci się do siebie zbliżyć i lepiej zrozumieć.

 

W spełnianiu marzeń nie zawsze można liczyć na sprzyjające okoliczności. Gdy na swojej drodze napotkasz problemy w ich realizacji, nie poddawaj się myśleniu, że jesteś do niczego. Skup się wtedy na swoim wnętrzu, zaopiekuj się sobą, swoimi emocjami i ważnymi dla siebie relacjami. Świadomość, że nie osiągniesz czegoś, o czym marzyłaś, bo ograniczają Cię możliwości, wcale nie sprawia, że się cofasz. Wręcz przeciwnie – rozwijasz się, tylko na innym polu.

 

Wiesz, dlaczego umiejętność odpuszczania jest taka ważna? Bo w czasie, kiedy płaczesz i próbujesz ukoić swoje emocje, dajesz sobie prawo do tego, by się zatrzymać. Nie pędzisz ślepo za marzeniem, wierząc, że chcieć to móc. Nie spalasz się, próbując przebić głową mur, którego i tak nią nie przebijesz. Odpuszczenie tej gonitwy to Twój czas na regenerację i odnowienie energii, którą wcześniej straciłaś.

 

Pamiętaj, że w zagubieniu się we własnych marzeniach nie ma nic złego. Najważniejsze to umieć się odnaleźć, zweryfikować swoje pragnienia i ruszyć dalej w kontakcie ze sobą i swoimi pragnieniami, które płyną prosto z serca.

 

Zaufać sobie i znaleźć swoją własną drogę do szczęścia.

 

 

 

 

 

 

 

Kto się boi terapii?

Chodzimy do dentysty, bo dbamy o zęby, i do dermatologa, bo zależy nam na tym, żeby mieć piękną skórę. Regularnie badamy się u ginekologa, bo chcemy być zdrowe i urodzić dzieci. Dlaczego w takim razie unikamy psychologa?

 

Pokój. W środku kanapa lub fotele, być może stolik. I obca osoba, przed którą masz się otworzyć, odsłonić swoje myśli i uczucia, wiedząc, że druga strona tego nie zrobi. Przychodzisz do tego pokoju z bólem duszy, z problemem, który pali tak, że masz wrażenie, że zaraz wybuchniesz. Chwytasz za klamkę i tylko Ty wiesz, ile w tej chwili kłębi się w Tobie lęku i pytań, na które chcesz poznać odpowiedź.

 

Ten sam pokój. Przychodzi tu codziennie od lat. Siada na kanapie albo fotelu, przy stoliku, na którym stoją szklanki z wodą. Obok leżą chusteczki. Nie dlatego, że przewiduje, że osoba, która tu przyjdzie, będzie płakać. Chce tylko, żeby wiedziała, że są pod ręką, kiedy łzy same zaczną płynąć, a ona będzie chciała jak najszybciej je ukryć. Pierwsze spotkanie. Nie wie, z czym przychodzi, czego chce, gdzie czai się jej ból ani jak wygląda jej system wartości. Szuka, ale musi liczyć się z tym, że może nie znaleźć. Bada, mając nadzieję, że każde następne pytanie nada właściwy kierunek terapii, którą prowadzi.

 

Terapia wydaje się być trudna tylko dla jednej osoby – klienta. Tymczasem dotyczy ona dwóch osób, które nie wiedzą, czego się po sobie spodziewać. Nie mają też pojęcia, dokąd zmierzają w tej wspólnej podróży, na którą obie się zdecydowały. Zanim wyruszą na szlak, muszą sobie zaufać. A jak to zrobić, skoro widzą się pierwszy raz w życiu?

 

Nasze życie opiera się na zaufaniu. Oddajemy opiekę nad naszymi dziećmi przedszkolankom i nauczycielom. Jeździmy autobusami, ufając kierowcom, że dowiozą nas tam, dokąd chcemy dojechać. Przychodzimy do lekarzy, ufając, że nas wyleczą. Przyjdźmy więc i do psychologa, ufając, że nam pomoże.

 

 

 

I pamiętajmy, że pozytywne efekty terapii pojawią się tylko wtedy, kiedy pacjent i psycholog się przed sobą otworzą – pacjent swoją opowieścią, a psycholog gotowością na wysłuchanie tej opowieści z zainteresowaniem.

 

Podróżuj w głąb siebie

To będzie wyjątkowa podróż. Niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju. Nie musisz mieć żadnego planu, aktualnej mapy ani po brzegi wypełnionej walizki. Do tej podróży potrzebujesz właściwie tylko jednego – otwartości na to, co się wydarzy.

 

Wielu ludzi myśli, że do szczęścia potrzebują modnych ubrań, mieszkań urządzonych w zgodzie z najnowszymi trendami, przeżyć, które robią wrażenie na innych i codzienności godnej sesji w najpopularniejszych magazynach lifestylowych. Zwykłe życie jest niemodne, w dodatku kiepsko wygląda na zdjęciach. Ma być takie, żeby zapierało dech w piersiach.

 

Tymczasem życia nie da się przeżyć tak, jak robi się zdjęcie na Instagram. Tam pokazujemy tylko to, czym chcemy się pochwalić, a poza kadrem zostawiamy bałagan. Co z tego, że nikt z obserwujących go nie zobaczy, skoro i tak wszystko trzeba będzie posprzątać?

 

Życie składa się z chwil i przeżyć, w których towarzyszą nam emocje. To one są naszym kapitałem, a nim można i warto zarządzać. Zamiast wycieczki w poszukiwaniu szczęścia na drugim końcu świata, możesz wybrać zupełnie inną podróż. Taką, w czasie której odkryjesz, jak możesz to robić i dowiesz się, ile tak naprawdę zależy od Ciebie.

 

Podróżując w głąb siebie, wrócisz pamięcią do miejsc z dzieciństwa, przypomnisz sobie wydarzenia, które sprawiały ból, i te, dzięki którym czułaś, że jesteś szczęśliwa. Przyjrzysz się swoim złudzeniom i potrzebie akceptacji. Nazwiesz to, co domaga się nazwania. Na nowo odkryjesz miejsca, które dobrze znasz i będziesz mogła nadać im inne znaczenie.

 

Czasami zdarzy się, że w tej podróży odwiedzisz ukryte albo zapomniane zakamarki. Wrócą do Ciebie obrazy miejsc, które z perspektywy czasu okażą się dla Ciebie mniej istotne niż kiedyś. Zanurzysz się w odkrywaniu zakątków, które zawsze chciałaś odwiedzić, ale zwykle brakowało czasu, ochoty albo sprzyjających okoliczności. Przestaniesz uciekać. Oczami wyobraźni dojdziesz na szczyty, na których zawsze chciałaś stanąć, i spojrzysz na nie z zupełnie innej perspektywy. Być może zadasz sobie wtedy pytanie: po co tu jestem?, a z głębi siebie usłyszysz odpowiedź. Schodząc z góry, zobaczysz ten sam krajobraz, który widziałaś wcześniej, ale zauważysz w nim rzeczy, których wcześniej nie mogłaś dostrzec.

 

Właśnie na tym polega terapia. Na szukaniu odpowiedzi na pytania, które pozornie wydają się proste. Na odtwarzaniu bolesnych wspomnień i przypominaniu sobie szczęśliwych chwil. Na burzeniu i budowaniu od podstaw. Na porządkowaniu i układaniu wszystkiego od nowa. Na nauce akceptacji i próbach okiełznania swoich negatywnych przekonań. Wybierając tę drogę, wejdziesz na ścieżkę, która poprowadzi Cię do zrozumienie siebie.

 

Porzuć stereotypowe myślenie, że na terapię przychodzą ludzie, którzy są chorzy. Zapomnij o tym, że w czasie terapii będziesz szukać winy w rodzicach i dzieciństwie. Odrzuć lęk przed tym, że ktokolwiek będzie Cię oceniać. Po prostu znajdź właściwego towarzysza swojej podróży w głąb siebie.

 

Wyrusz w tę podróż, mimo że się boisz.

Sama zobaczysz, co jest po drugiej strachu.