Relacja ze sobą – odpowiedzialność na całe życie

Być może słyszeliście ten temat milion razy, a może dopiero zaczynacie się z nim zapoznawać. Możliwe, że życie nie wymuszało na Was konieczności zapoznawania się ze sobą, bo nie czuliście takiej potrzeby.  A może jest zupełnie odwrotnie – chcieliście to zrobić, ale nie wiedzieliście jak i po co?

 

Jeśli czujecie się samotni i zagubieni, a w dodatku myślicie, że to najgorsze, co mogło Was spotkać, dobrze, że tu jesteście.

 

Tłum ludzi przedziera się ze przez całe życie człowieka. Spotykamy ich na ulicy, w pracy, w szkole dzieci i na spotkaniach towarzyskich. Spójrzmy prawdzie w oczy: im bliżej weekendu, tym bardziej tęsknimy za ciszą, która tak rzadko pojawia się w naszym życiu. Chcemy mieć choć przez chwilę teoretyczny spokój, który zapewniamy sobie, izolując się od innych. Chcemy świętego spokoju, tymczasem kiedy zostajemy sami, okazuje się, że jesteśmy smutni i jakby puści w środku. Wcale nie chodzi o tęsknotę za czyjąś obecnością. Ta pustka i smutek są jak ciastko, które dostaliśmy, ale nie mamy jak go zjeść. Czujemy zapach, ale nie możemy spróbować smaku.

 

Uciekamy przed byciem sam na sam ze sobą. Nie wiemy, czemu miałaby służyć samotność ani co ciekawego mogłoby się wydarzyć, kiedy w zasięgu wzroku nikogo nie ma. W końcu to przecież ludzie nas motywują, bawią    i pocieszają. Robią coś z nami. Towarzyszą nam i wypełniają nasz czas. A jaką wartość możemy dać sobie sami?

 

Kiedy obejrzysz film, z kim go omówisz, skoro nikt go z Tobą nie oglądał? Gdy zjesz coś smacznego w restauracji, z kim porozmawiasz o tym, że danie było pyszne?

 

Ludzie nadają sens naszemu życiu. A co nam daje samotność?

 

Jesteś sensem swojego życia

 

Bez względu na to, ile dają nam inni, to my jesteśmy swoim jedynym i najważniejszym towarzyszem życia. Rodzimy się i umieramy sami. Jesteśmy ze sobą 24 godziny na dobę. Ludzie mogą nas wspierać lub nie, spotykać się z nami albo mieć inne plany, kiedy pragniemy ich towarzystwa. Gdy ich przy nas nie ma, to wcale nie znaczy, że przestaliśmy być dla nich ważni. Po prostu mają prawo wybierać, komu i na co chcą w danej chwili poświęcić swój czas.

 

Jedynymi osobami, które są z nami każdego dnia, zawsze jesteśmy my sami. To my jako pierwsi oceniamy swoją pracę i swoje wybory. Sami najlepiej wiemy, jaka decyzja będzie dla nas korzystna, biorąc pod uwagę kontekst całej sytuacji i otwierające się przed nami perspektywy. Jesteśmy jedyną i największą skarbnicą wiedzy… o sobie.

 

Oczekiwania i potrzeby – klucz do zrozumienia siebie

 

Wszystko, czego oczekujesz od innych, to Twoje niezaspokojone potrzeby. Tylko Ty możesz je spełnić. Pomyślisz pewnie, że piszę bzdury. Weźmy na przykład miłość – być może jesteś w szczęśliwym związku. Ale czy jest on dokładnie taki, jak w Twoich wyobrażeniach? Może oczekujesz akceptacji wszystkich decyzji, jakie zamierzasz podjąć, bezwarunkowego wsparcia i zrozumienia w każdej sytuacji. Tymczasem dwoje ludzi nigdy nie będzie myślało i czuło tak samo. Różnimy się od siebie, mamy odmienne zdania i poglądy na te same tematy, inaczej rozumiemy bliskość i wsparcie.

 

Musimy się pogodzić z tym, że jedyną osobą, która może nam zapewnić to, czego oczekujemy, jesteśmy my sami. Ty dla siebie, ja dla siebie. Nikt inny nie jest za nas odpowiedzialny. Nikt nie da nam tego, czego dla siebie chcemy. Jeśli pragniemy być szczęśliwi, sami musimy zadbać o swoje potrzeby. I przestać oczekiwać od bliskich, aby je zaspokajali.

 

To Ty podejmujesz decyzje

 

Pomyśl o decyzjach, które podejmujesz w ciągu dnia. Na przykład zakupy. Czujesz się pewnie, bo wiesz, co trzeba ugotować, żeby zjeść właśnie to, na co masz ochotę. Kiedy jesteś w sklepie, wybierasz jeden ser spośród dziesięciu innych na półce, bo wiesz lub z jakiegoś powodu uważasz, że ten konkretny rodzaj sera będzie lepszy od pozostałych. Nawet nie przyjdzie Ci do głowy, żeby podważać swoją decyzję. Nie zadzwonisz do mamy, siostry, brata czy przyjaciela, żeby się upewnić, czy dobrze wybierasz. Po prostu go kupujesz.

 

Podobnie jest z większością decyzji, które nas dotyczą.

 

Odpowiedzialność za siebie należy do Ciebie

 

Jesteśmy świadomi, czego potrzebujemy od drugiej osoby: partnera, rodzica, rodzeństwa, ale nie zastanawiamy się, dlaczego sami sobie tego nie dajemy. W końcu przecież to my, na podstawie swoich doświadczeń, emocji, przekonań i znajomości, możemy określić, co jest dla nas dobre i postanowić, że sami to sobie damy. Nikt inny nie musi nam tego dawać. Sami przed sobą odpowiadamy za zaspokajanie własnych potrzeb.

 

Dlaczego to nie jest takie proste?

 

Nikt nigdzie nie uczy, jak czytać siebie. Uczymy się być empatyczni wobec świata i rozumieć zachowania innych, ale za mało czasu spędzamy na zastanawianiu się nad tym, czego sami potrzebujemy, co nas uszczęśliwia.

 

Inną sprawą jest fakt, że dużo łatwiej wymaga się od innych. Z lekkością możemy na przykład zarzucić przyjaciółce, że nas nie wspiera, bo nie mówi tego, co chcemy usłyszeć.

 

Trudno powiedzieć sobie wprost: to jest MÓJ problem i muszę sobie z nim poradzić. Wzięcie odpowiedzialności za swoje życie, potrzeby i wybory jest niełatwym zadaniem, bo pokazuje, jak wiele zależy od naszej postawy. Kiedy wymagamy wyłącznie od siebie, nie ma nikogo innego, na kogo moglibyśmy zrzucić winę za własne niepowodzenia.

 

Musimy sobie uświadomić, że ludzie nigdy nie sprostają wymaganiom, jakie przed nimi stawiamy. Powód jest prosty – nikt nie zna nas tak dobrze, jak my sami. Nawet kiedy oczekujemy od kogoś konkretnego zachowania, nie zawsze mówimy wprost, jaką potrzebę chcemy w ten sposób zaspokoić. Często właśnie w takich sytuacjach rodzi się konflikt – możemy czuć się niezrozumiani i odtrąceni, a nasza niezaspokojona potrzeba zaczyna rzutować na relację. Gdy pojawiają się wyrzuty, coraz trudniej oczyścić atmosferę, bo każda ze stron ma swoje oczekiwania, które mogą się wzajemnie wykluczać.

 

Dopóki nie zrozumiemy siebie, na każdej znajomości, którą tworzymy, będą pojawiać się rysy.

 

Choć można odwlekać budowanie relacji ze sobą, trzeba pamiętać o jednym. Odpowiedzialność za siebie zawsze leży po Twojej stronie. Jeśli nie przyjmiesz do wiadomości, że decyzje, jakie podejmujesz, są TWOIM wyborem, będziesz bez końca czekać, aż ludzie wokół Ciebie zaspokoją Twoje potrzeby.

 

Skazujesz się w ten sposób na cierpienie, bo to się nigdy nie uda.

 

 

 

Poczucie winy – potrzebna emocja czy narzędzie manipulacji?

„Nie powinnaś tak się do niego odzywać”. „Zawsze wszystko muszę na święta zrobić sama, na nikogo w tej rodzinie nie można liczyć”. To tylko słowa, ale chyba każdy, kto kiedykolwiek je słyszał, wie, że mogą wywołać poczucie winy. Czy jest nam ono do czegoś potrzebne? Pomaga czy ogranicza? I czym w ogóle jest poczucie winy?

Na pierwszy rzut oka poczucie winy objawia się w relacjach i zasadach, które w nich tworzymy. Jednak gdy spojrzymy na nie w szerszym kontekście, przekonamy się, że dotyczy ono nas i naszej psychiki. Dlaczego? Bo z poczuciem winy zmagamy się wewnętrznie – sami się osądzamy, inicjując w sobie różne, najczęściej negatywne emocje.

Jak działa poczucie winy?

W psychologii poczucie winy definiujemy jako „stan emocjonalny wywołany przez świadomość przekroczenia norm moralnych” (Reber, 2000, s. 829). W społeczeństwie to uczucie jest odbierane jako coś pozytywnego. W końcu to wyraz skruchy i forma publicznego przyznania się do winy, czyli coś, co może wpłynąć na zmniejszenie wymiaru kary, a nawet na potrzebę wybaczenia.

Nawet bohaterów literackich, którymi targa poczucie winy, oceniamy łagodniej tylko dlatego, że mają wątpliwości, czy w danej sytuacji postąpili słusznie. A przecież ci bohaterowie wyznając swoje winy, często przyznają się do nich nie tylko z perspektywy czasu, lecz z także z perspektywy konsekwencji. Jaka moc tkwi w przyznaniu się do winy, że akt jej wyznania powoduje łagodniejszy osąd postaci?

Przyznanie się do poczucia winy jest odbierane jako chęć zadośćuczynienia i przeprosiny, choć nie zawsze zawiera słowo „przepraszam”.  To coś w stylu powiedzenia „źle zrobiłem, już zawsze będę mieć wyrzuty sumienia”. Okazuje się więc, że nadajemy poczuciu winy znaczenie największej możliwej kary.

To, co istotne w poczuciu winy, zawiera się w słowie „poczucie”. Odczuwając poczucie winy, przyznajemy się do błędu według własnego kodeksu moralnego, a wina zawsze jest naszym subiektywnym odczuciem.

Poczucie winy w relacjach

Bywa, że w niektórych relacjach poczucie winy jest wykorzystywane jako narzędzie do komunikacji. Kiedy jedna strona sugeruje, że powinniśmy czuć się winni, miejmy świadomość, że próbuje w ten sposób wyrazić… swoje emocje związane z jakąś sytuacją. Jeśli jednak komunikuje się wyłącznie poprzez próbę wzbudzania w nas poczucia winy, w końcu przestaniemy czuć się dobrze w jej towarzystwie. Bo kto chciałby być nieustannie krytykowany i mieć poczucie, że jest z nim coś nie tak?

Kiedy zdamy sobie sprawę, że jesteśmy wpędzani w poczucie winy, mamy prawo postawić granice i przestać się na to godzić. Powinniśmy również zacząć obserwować, jak ono wpływa na nasze poczucie własnej wartości i czy przypadkiem w różnych sytuacjach problemowych nie próbujemy za każdym razem szukać winy wyłącznie w sobie.

Pamiętajmy, że jeśli przez całe życie powtarzano nam, że powinniśmy być lepszymi dziećmi/rodzicami/partnerami, możemy się nieświadomie karać sabotowaniem swoich działań, mieć niskie poczucie sprawczości, a nawet obwiniać za najmniejsze potknięcia.

Role w relacjach – krzywdzony i krzywdzący

Osoba, która wzbudza w nas poczucie winy, przyjmuje rolę ofiary, czyli osoby skrzywdzonej. Jej zdaniem (a w konsekwencji manipulacji również naszym) powinniśmy jej tę krzywdę jakoś wynagrodzić.

Ofiara zawsze ustawia się na wyższej pozycji, uznając, że została zraniona i należy jej się zadośćuczynienie. Warto zdawać sobie sprawę, że do roli ofiary można się bardzo szybko przyzwyczaić i uzależnić od korzyści, które z jej grania wynikają. Wyjście z tej roli oznaczałoby konieczność wzięcia odpowiedzialności za współtworzenie danej relacji, a tego ofiara chce za wszelką cenę uniknąć. Jeśli ktoś przyjmuje rolę ofiary, zrzuca na drugą osobę pełną odpowiedzialność za relację.

Łatwo jest również odtwarzać schemat relacji w stylu ofiara – winny. W takiej sytuacji zawsze jedna ze stron jest albo winna, albo krzywdzona. Nie ma wtedy pola do współpracy, istnieje nieustanna walka o rolę ofiary, która osiąga największy zysk.

Po co nam poczucie winy?

Strach przed poczuciem winy jest czasami tak silny, że stosujemy liczne uniki, aby nie musieć się z nim mierzyć. Mimo wszystko poczucie winy jest ważne, bo sprzyja rozwijaniu empatii poprzez równoważenie skłonności do myślenia wyłącznie o sobie.

Badania naukowe przeprowadzone przez Uniwersytet SWPS pod kierownictwem dr. Łukasza Tanasia dowiodły, że poczucie winy sprzyja… pozytywnemu klimatowi społeczno-emocjonalnemu w szkole (więcej o badaniu przeczytasz tutaj: https://www.swps.pl/nauka-i-badania/granty/5832-poczucie-winy-sprzyja-pozytywnemu-klimatowi-spoleczno-emocjonalnemu-w-klasie-szkolnej) . Wyniki wykazały, że poczucie winy jest jak most pomiędzy empatią afektywną a pozytywnym klimatem w klasie. Jeśli chcemy być empatyczni, musimy się liczyć z koniecznością odczuwania poczucia winy wobec innych.

Poczucie winy pomaga nam współodczuwać, a nawet rozumieć czyjąś krzywdę. Strach przed odczuwaniem winy może z kolei powodować, że będziemy przykładać większą uwagę do zasad współdziałania w grupie.

 

Nadmiar poczucia winy jest jednak zgubny, ale wyłącznie dla osoby, która je odczuwa. Stawiając się w roli sprawcy czyjejś krzywdy za każdym razem, bez względu na okoliczności, przyczyniamy się do tego, że tracimy kontakt z kimś, z kim powinniśmy mieć najcieplejszą relację – ze sobą. A przecież udane relacje z innymi możemy mieć tylko wtedy, kiedy sami dla siebie jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.

 

 

Jak przetrwać konflikt?

Chyba każdy z nas spotkał się w życiu ze stwierdzeniem, że święta są czasem wybaczania. Być może nawet słyszeliśmy życzenia, które brzmiały: „Obyście się na święta pogodzili” lub ciche podszepty, żebyśmy dali spokój, bo „w święta trzeba żyć w zgodzie”. Czy na czas świąt rzeczywiście da się zakopać topór wojenny mimo trwającego konfliktu?

 

Konflikty i kłótnie zaczynają się wtedy, kiedy dwie strony lub więcej mają swoje punkty widzenia, które próbują przeforsować. Gdy cudze racje diametralnie się od siebie różnią, trudno dojść do porozumienia. Nawet przyznanie komuś częściowej słuszności bywa problematyczne. Zwłaszcza jeśli czujemy, że z każdą chwilą narasta w nas coraz większa złość.

 

W takich sytuacjach pogodzenie się i wybaczenie sobie nie zawsze jest możliwe. Gdy nieustannie mamy do czynienia z atakami na swoje wybory i działania, buzują  w nas emocje. Trudno  w takiej sytuacji zachować wewnętrzny spokój i dystans do rzeczywistości tylko dlatego, że są święta.

 

Jak przetrwać konflikt?

 

Po pierwsze trzeba zdawać sobie sprawę, że każdemu konfliktowi, każdej kłótni towarzyszą emocje. Może to być złość lub smutek, ale równie dobrze mogą pojawić się w nas poczucie winy, frustracja, żal czy wstyd. Mimo to na pierwszy plan w konflikcie zawsze wysuwa się jedna emocja: złość.

 

Złościmy się, kiedy ktoś przekracza nasze granice i automatycznie uruchamiamy w sobie konieczność obrony. Oczywiście mamy prawo bronić naszych granic. Tym, co powinno nas jednak zastanowić, jest pytanie, dlaczego akurat w tym miejscu są nasze granice. Z jakiego przekonania wynikają? Czy jeśli ktoś nie chce zrobić tego, o co prosimy, czujemy się lekceważeni? Czy jeśli ktoś się z nami nie zgadza, ogarnia nas uczucie poniżenia? Skąd bierzemy wiedzę, że czyjeś zachowanie jest spowodowane chęcią sprawienia nam przykrości? Może tylko nam się wydaje, że ktoś ma wobec nas złe zamiary?

 

Postępowanie innych ludzi zawsze interpretujemy przez filtr własnych doświadczeń. Na sposób, w jaki odbierzemy i zrozumiemy konkretną sytuację wpływa cała nasza przeszłość. Warto pamiętać, że zamiary człowieka, z którym jesteśmy skłóceni, nie zawsze mają coś wspólnego z naszą interpretacją. Zamiast pytać „dlaczego on/ona nam to robi?”, powinniśmy zadać pytanie „dlaczego na to, co on/ona robi, reagujemy właśnie w ten sposób”?

 

Emocje w konflikcie

 

Kiedy się kłócimy i jesteśmy źli, pod odczuwaną przez nas złością kryją się także inne, równie ważne emocje.

 

Jeśli pojawi się w nas smutek lub żal, przyjmijmy je, a następnie znajdźmy sposób, aby znalazły ujście. Możemy na przykład porozmawiać z kimś bliskim lub spisać swoje uczucia na kartce. A jeśli mamy potrzebę płakać – płaczmy. Nie później, tylko teraz, bo nagromadzenie w sobie negatywnych uczuć i próba przykrycia ich robieniem dobrej miny do złej gry szkodzi przede wszystkim nam. Nie dbając o to, by nasze emocje znalazły ujście, dokładamy ciężar do swojego bagażu, który będziemy nieść przez kolejne dni i miesiące. Tak, MY będziemy ten bagaż nieść, a nie osoba, na którą jesteśmy źli.

 

Jak rozwiązać konflikt?

 

Czy pomyśleliście, że rozwiązaniem konfliktu powinien być kompromis? Jeśli tak, to jam wam powiem, że… nie. Tak naprawdę strony konfliktu powinny dążyć do współpracy.

 

Dlaczego nie kompromis?

Bo zakłada on, że ktoś musi z czegoś zrezygnować. To nie jest dobre rozwiązanie dlatego, że w takiej sytuacji któraś ze stron może mieć żal z powodu konieczności rezygnacji z czegoś, co było dla niej ważne.

 

 

Z kolei podjęcie współpracy zakłada, że obie strony coś zyskają, więc warto do niej dążyć. Jeśli nie odnajdziemy w sobie do tego chęci, konflikt będzie się ciągnąć w nieskończoność. Warto jednak próbować go rozwiązać, robiąc choćby małe kroki w kierunku porozumienia i wyznaczając sobie cele w danej relacji.

 

Pamiętajmy także o tym, aby starać się jak najmniej oczekiwać. Dlaczego? Bo gdy nasze wyobrażenia rozminą się z rzeczywistością, znów poczujemy się rozczarowani.

 

Co zrobić, jeśli ktoś stale rozpoczyna konflikt?

 

Tak naprawdę istnieje tylko jedna osoba, o którą możemy zadbać na 100%. Tą osobą jesteśmy my sami. Powinniśmy pogodzić się z faktem, że nie zmienimy innych, jeśli sami tego nie chcą. Przyjmijmy, że są sytuacje i rzeczy, na które nie mamy wpływu i jeśli ktoś będzie usilnie szukał powodu do kolejnej sprzeczki, zadbajmy przede wszystkim o siebie.

Możemy na przykład powiedzieć o swoich odczuciach osobie, która podsyca konflikt, ale jednocześnie miejmy świadomość, że nie zmieni to jej zachowania. Czasami zdarza się jednak, że zwrócenie uwagi podziała na kogoś jak kubeł zimnej wody wylanej wprost na głowę, i ten ktoś zda sobie sprawę, że swoimi osądami sprawia nam przykrość. Niezależnie od tego, jak przebiega konflikt, mamy prawo, a nawet obowiązek, postawić wyraźną granicę, której nikt nie powinien przekraczać bez naszej zgody.

 

Pamiętajmy również, że milczenie, którym zbywamy cudze zachowanie, nie jest równoznaczne z przyzwoleniem na to zachowanie.

 

A jeśli ktoś nas prowokuje, a my nie jesteśmy w stanie zapanować nad złością? Wtedy warto pomyśleć o tym, aby ochłonąć. Zwłaszcza że nie jesteśmy inicjatorem kłótni.

 

Jak się uspokoić, kiedy czujemy, że ogarnia nas fala złości? Sprawdzą się różnego rodzaju metody relaksacyjne i praca z oddechem. Nawet wyjście na chwilę z pomieszczenia, w którym trwa kłótnia, może zdziałać cuda.

 

 

Jeśli nie chcemy być uczestnikami konfliktu, powiedzmy o tym i zrezygnujmy z dalszej dyskusji. Jeśli jednak coś nas do kłótni pcha, zastanówmy się, dlaczego tak bardzo nam na niej zależy. Co i komu chcemy udowodnić, podejmując rękawicę? Wiedza o tym, co uruchamia w nas kłótliwość, jest bardzo ważna, a nasze przekonania, które ją wywołują – jeszcze ważniejsze.

 

Konflikty z najbliższymi wynikają z różnych przyczyn. Pamiętajmy o tym, że nie mamy możliwości przekonania wszystkich do swoich racji. Jeśli mamy w sobie chęć do podjęcia współpracy, aby zakończyć konflikt, a druga strona tej chęci nie przejawia, wycofajmy się. W niektórych sytuacjach to jedyny możliwy sposób, by zadbać o siebie i swoje potrzeby.

 

Jak sobie radzić z krytyką (nie tylko w święta)?

Czym właściwie jest krytyka? Czy ma budującą i motywującą moc? Jak sobie radzić, kiedy krytykują nas najbliżsi? Zapraszam do lektury pierwszego tekstu w ramach akcji #RelacyjnieDobreŚwięta!

 

„Z czym to ciasto? Z marchewką? Ty tylko o tych warzywach, dlatego jesteś taka chuda”. „Twoja siostra znakomicie jeździ autem, nie to co Ty”. „Dziewczynę może byś sobie znalazł, bo inaczej zdziwaczejesz. W sumie to już zacząłeś”. „Chyba najwyższy czas zadbać o siebie po tej ciąży”. Kojarzysz te słowa? A może masz własne przykłady?

 

Zbliżają się święta i chyba każdy z nas marzy o tym, aby przebiegały w atmosferze jak z reklamy świątecznej. Wszyscy radośnie i miło spędzają wspólny czas, mówią sobie komplementy, a po dotychczasowych urazach i konfliktach nie ma śladu. Niestety, w rzeczywistości niełatwo o taki scenariusz. Wcale nie dlatego, że nic nie jest tak piękne i kolorowe jak w reklamie, ale dlatego, że relacje międzyludzkie rządzą się swoimi prawami. A raczej prawami ustalanymi przez ludzi, którzy te relacje współtworzą.

 

Jak zadbać o siebie i swoje emocje w czasie świąt Bożego Narodzenia, kiedy ktoś nas krytykuje?

 

Słowo „krytyka” pochodzi od łacińskiego criticus, czyli osądzający. Osądzanie jest z kolei oceną zarówno pozytywnych, jak i negatywnych zjawisk. Często o tym zapominamy, bo w wielu sytuacjach wyrażamy swoje zdanie, skupiając się wyłącznie na negatywach. Dodatkowo nie szukamy rozwiązania problemu i pomijamy potrzeby osoby, którą  krytykujemy. Bo czy myślimy o tym, aby zapytać, czy ktoś w ogóle chce usłyszeć nasz osąd? No właśnie. Tym samym nie dajemy tej osobie prawa do odmowy usłyszenia krytyki.

 

My również mamy to prawo. Możemy nie chcieć jej słuchać, bo towarzyszy nam niskie poczucie własnej wartości i nie czujemy się na siłach, aby zmierzyć się z czyimś zdaniem, albo po prostu trudno nam się uporać z negatywnymi opiniami na nasz temat.

 

Aby krytyka wnosiła do naszego życia coś dobrego, musi przedstawiać rozwiązanie konkretnej sytuacji, a nie tylko negatywną opinię, z której tak naprawdę nic nie wynika. Przede wszystkim jednak powinniśmy mieć prawo wyboru, czy chcemy usłyszeć słowa krytyki.

 

Czy krytyka motywuje?

 

W wielu filmach główni bohaterowie są krytykowani w kulminacyjnym momencie. Ta chwila wyzwala w nich skumulowaną moc, a kiedy ją poczują, postanawiają: koniec z byciem ofiarą! Oglądając taki schemat, regularnie tworzymy w sobie przekonanie, że krytyka jest motywująca i powinna utwierdzać nas w przekonaniu: „ja wam jeszcze pokażę”! Tyle że wcale tak nie jest.

 

Krytyka budzi wiele emocji: złość, smutek, żal, wstyd, poczucie winy i wiele innych. Jeśli krytykują nas bliskie osoby, często nie pozwalamy sobie na to, aby te emocje wyrazić. A co to dla nas oznacza? Tłumimy je i odtwarzamy w chwilach przypominających pierwszą sytuację, w której zostaliśmy skrytykowani w ten sposób. To prosta droga do tego, by każdą krytykę uznawać za atak lub podstawę do zadręczania się poczuciem, że jesteśmy niewystarczająco dobrzy.

 

Między innymi właśnie takie szkody wyrządza krytyka. Emocje, które nam towarzyszą, kiedy jej słuchamy, nie znikają wraz z zakończeniem cudzego wywodu. Zostają w nas jak dziura po wyjętym gwoździu.

 

Jak sobie radzić z krytyką od najbliższych?

 

Po pierwsze pamiętajmy o prawie do powiedzenia, że nie życzymy sobie krytyki. To, że nie wyrażamy zgody na wysłuchanie czyjegoś osądu lub nie zgadzamy się z czyjąś negatywną opinią na swój temat, nie oznacza, że jesteśmy niekulturalni czy pozbawieni szacunku do kogoś. Po prostu możemy powiedzieć „nie”.

 

Sytuacja się komplikuje, kiedy mamy do czynienia z osobą, która nie reaguje na nasze „nie”. Co wtedy zrobić?

 

W pierwszej kolejności warto dać upust swoim emocjom. Nie zawsze mamy taką możliwość, w końcu trudno to zrobić przy wszystkich. Ale jeśli mamy palącą potrzebę, żeby powiedzieć o swojej złości czy innych emocjach, zróbmy to. Istnieje oczywiście duże ryzyko, że dana osoba nie zrozumie naszej reakcji, ale to nie oznacza, że mamy się biernie przyglądać, kiedy ktoś narusza nasze granice.

 

W innych przypadkach możemy porozmawiać z przyjacielem lub spisać swoje emocje na kartce.

 

Kolejnym etapem radzenia sobie z krytyką  jest obserwacja siebie w życiu codziennym. Czy przez to, że babcia mówi, że kiepsko jeżdżę samochodem, mówię do siebie: „Jestem fatalnym kierowcą”? Warto obserwować swoje myśli i zastanowić się, skąd dany osąd wziął się w naszej głowie. Jeśli ze słów innych osób, to dlaczego w niego wierzę? Szukajmy w pamięci faktów, które zaprzeczą negatywnym ocenom i pomogą nam we wzmocnieniu siebie.

 

Jeśli jednak zaobserwujemy, że nosimy w sobie głębokie rany spowodowane często słyszaną krytyką, warto zadbać o to, aby nad nimi popracować – w gabinecie psychologa, na warsztatach rozwojowych albo na jeszcze innej drodze, którą uznamy za swoją.

 

Święta są czasem spędzanym z najbliższymi. Chcemy je przeżyć jak najpiękniej i jak najprzyjemniej. Tyle że aby móc to zrobić, warto znać siebie i żyć w zgodzie ze sobą. Nie pozwalajmy, by inni traktowali nas jak worek treningowy, który przyjmie każdy cios. Dbajmy o swoje granice, bo nasza psychika to dom, w którym mieszkamy na co dzień. Kiedy ktoś go zaśmieci i zniszczy, sprzątanie i urządzanie na nowo zajmie dwa razy więcej czasu.

 

Skoro psychika jest naszym domem, urządźmy ten dom tak, jak chcemy. Po swojemu.

 

PS Za tydzień opublikuję kolejny tekst z serii #RelacyjnieDobreŚwięta. Będzie dotyczył konfliktów, które trwają pomimo świąt. Już teraz gorąco zapraszam!

 

 

Jak odróżnić strach od lęku?

Strach ma wielkie oczy, a lęk? Kiedy określamy swój stan emocjonalny, bardzo często posługujemy się słowem „strach”. Niestety, okazuje się, że wiele z nas myli go z lękiem. A to właśnie lęku powinniśmy się obawiać. Zwłaszcza wtedy, kiedy zaczyna przejmować kontrolę nad naszym życiem i powodować, że w naszych głowach wszystko staje się niemożliwe do osiągnięcia.

 

Od lat odbieramy strach jako negatywną emocję. O ludziach, którzy go odczuwają, wypowiadamy się raczej mało pochlebnie – mówimy, że są strachliwi i słabi, a nawet określamy ich mianem tchórzy. Tymczasem odczuwanie strachu pełni odpowiedzialną funkcję – informuje nas o zbliżającym się, realnym zagrożeniu, któremu trzeba będzie stawić czoło. To strach wysyła do naszego mózgu informację o niebezpieczeństwie, dzięki czemu możemy szybko zareagować, aby się obronić.

Warto zdawać sobie sprawę z faktu, że strach pojawia się tylko w obliczu realnego zagrożenia, którym może być osoba, zwierzę lub sytuacja (np. pożar).

 

STRACH A LĘK – CZYM SIĘ RÓŻNIĄ

 

Strach jest bardzo często mylony z lękiem. To prawda, że obie emocje są do siebie podobne. Różni je jednak bardzo ważna rzecz – komponent poznawczy.

Strach jest reakcją na realne zagrożenie, lęk ma z kolei bardziej odrealniony, często trudny do nazwania powód. Kiedy odczuwamy lęk, nie ma wokół nas prawdziwego zagrożenia. Jest tylko jego wyobrażenie, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

 

Strach mija dokładnie wtedy, kiedy znika bodziec, którego się boimy. Lęk uaktywnia się z kolei pod wpływem bodźca wyobrażeniowego, który pojawia się w naszej głowie bez konkretnego powodu. Problem zaczyna się wtedy, kiedy lęk… nie mija. Jeśli tak się dzieje i cały czas mamy poczucie, że może zdarzyć się coś złego, to znaczy, że lęk przejął kontrolę nad naszym życiem. W takiej sytuacji jedynym wyjściem jest udanie się do specjalisty, aby zacząć pracę nad blokującymi nas wyobrażeniami.

 

Do specjalisty trzeba wybrać się także wtedy, kiedy strach staje się na tyle paraliżujący, że uniemożliwia nam jakiekolwiek działanie. Gdy czujemy, że nie możemy nic zrobić, a podjęcie decyzji nas przerasta, to znak, że czas na terapię. Jeśli tego nie zrobimy, strach będzie utrudniał nam codzienne życie. A przecież nie chcemy żyć pod dyktando strachu, prawda?

 

3 HORMONY STRACHU I LĘKU

 

Strach i lęk powodują, że nasz organizm produkuje takie hormony jak kortyzol, norepinefrynę i adrenalinę. Kortyzol jest nazywany hormonem stresu, którego wyrzut skutkuje także podwyższeniem poziomu glukozy we krwi. Dzieje się tak dlatego, że do zwalczenia niebezpieczeństwa potrzebujemy energii. Jej zapas zapewnia nam właśnie glukoza.

 

Kortyzol sprzyja również produkcji dwóch pozostałych hormonów. Norepinefryna wyostrza naszą uwagę i koncentrację, zaś adrenalina przyspiesza reakcję na bodźce zewnętrzne. Wszystkie trzy hormony sprawiają, że nasz organizm jest w pełnej gotowości do obrony.

 

WPŁYW STRACHU I LĘKU NA ORGANIZM

 

Wiele osób uważa, że strach jest zbędną i bardzo ograniczającą emocją. Nic bardziej mylnego! Dzięki strachowi dostajemy impuls do mobilizacji i potrafimy szybko działać w obliczu zagrożenia. Lęk z kolei jest bardziej ogólną emocją, która może się pojawiać w wyniku trudnych doświadczeń lub głęboko zakorzenionych obaw.

 

Długotrwałe i silne odczuwanie zarówno strachu, jak i lęku powoduje, że organizm staje się wycieńczony. Kiedy realne niebezpieczeństwo mija, czujemy się senni i zmęczeni, a nasza forma fizyczna jest daleka od normy. Jeśli jednak nieustannie towarzyszy nam lęk, możemy się tak czuć przez cały czas.

 

Wzmożone lub zbyt długie odczuwanie obu tych emocji powinno zawsze powinno wzbudzać naszą czujność i skłaniać do jak najszybszej wizyty u psychologa.

Dlaczego mózg oszukuje naszą pamięć?

Pamiętasz wyraźnie jakieś wspomnienie z dzieciństwa? Możesz odtworzyć szczegóły takie jak wygląd osób, które Ci towarzyszyły, otoczenie, porę roku i datę? Jeśli pamiętasz wszystko bardzo dokładnie, to mam dla Ciebie przykrą wiadomość – istnieje duża szansa, że Twój mózg właśnie Cię oszukał.

 

Mózg jest wciąż nie do końca odkrytym organem człowieka, a jego działanie w dużej mierze nadal pozostaje tajemnicą. Wprawdzie wydaje nam się, że nasza wiedza na temat mózgu jest już wystarczająca, a jednak co jakiś czas pojawiają się nowe wyniki badań, które prezentują kolejne istotne informacje.

 

Weźmy pod lupę pamięć. Jesteśmy przekonani, że pamiętamy mnóstwo szczegółów z naszego życia i wiele historii, które usłyszeliśmy od innych ludzi. Tymczasem odtwarzanie zdarzeń z przeszłości przypomina raczej zabawę w głuchy telefon. Wszystko za sprawą mózgu, który jest doskonałym oszustem.

 

Mózg w sytuacji, w której nie ma dostępu do szczegółów, dopowie własne informacje na ich temat. Co więcej, wybierze takie, które według naszej wiedzy i doświadczenia są najbardziej prawdopodobne. Nie ma to nic wspólnego z celową próbą uprzykrzania nam życia. Wręcz przeciwnie – nasze mózgi pomijają nadmiar szczegółów, aby nie zaśmiecać nam pamięci tonami zbędnych informacjami.

 

Jednym z naukowców, który zajmował się tematyką pamięci, był Frederic Bartlett. Podczas jednego z eksperymentów opowiedział swoim studentom legendę indiańską, która nosi tytuł „Wojna duchów”. Historia opowiada o dwóch młodych mężczyznach, którzy wybrali się na polowanie na foki. Nad rzeką spotkali pięciu mężczyzn w canoe i usłyszeli od nich prośbę o wsparcie w ataku na mieszkańców miasta w  górze rzeki. Jeden z polujących na foki przyłączył się do wyprawy. W czasie ataku usłyszał, że jest ranny, choć wcale nie czuł bólu. Doszedł do wniosku, że spotkani mężczyźni są duchami. Gdy wrócił do swojej wioski, opowiedział wszystkim, co go spotkało. Następnego dnia o wschodzie słońca zmarł, a z jego ust wydobyło się coś czarnego.

 

Po 15 minutach Bartlett poprosił studentów, aby opowiedzieli tę historię jeszcze raz. O to samo poprosił ich kilka tygodni i miesięcy później. Okazało się, że studenci zachowali w pamięci ogólny schemat historii, ale pominęli niektóre szczegóły. W historii opowiedzianej przez studentów pojawiły się także nowe elementy, a z czasem zniknęła informacja, że spotkani nad brzegiem rzeki mężczyźni byli duchami. Opowiadanie tej historii po upływie dłuższego czasu wyglądało tak, jakby studenci próbowali stworzyć nową historię, aby była bardziej logiczna i zrozumiała.

 

Podobnych badań było mnóstwo.

 

Dlaczego mózg oszukuje naszą pamięć? Odpowiedź jest prosta. Zbyt dużo szczegółowych informacji przetrzymywanych w naszych mózgach spowodowałoby problemy z innymi procesami pamięciowymi. Gdybyśmy pamiętali, w co byli ubrani goście na każdej z naszych imprez urodzinowych, mogłoby to spowodować trudności w zapamiętaniu innych, bardziej istotnych informacji. A to z kolei znacznie utrudniłoby nam funkcjonowanie w relacjach międzyludzkich.

 

Co w takim razie zrobić z tak sprytnym mózgiem i kruchą pamięcią? Myślę, że najlepiej podchodzić do nich z ogólnym dystansem. Dobrze jest mieć ograniczone zaufanie do pełnego obrazu wspomnień, zwłaszcza do dużej liczby szczegółów, które zacierają się z biegiem czasu. I być ostrożnym w wydawaniu kategorycznych osądów wyłącznie na podstawie tego, co pamiętamy.

 

 

 

Czym różni się depresja od smutku?

Przyszła jesień, a wraz z nią słynne stwierdzenie wielu ludzi: „mam jesienną depresję”. O ile rozumiem, że mniejsza ilość słońca (a nawet jego brak), krótsze i znacznie chłodniejsze dni nie napawają optymizmem, o tyle użycie słowa „depresja” w takim kontekście to duże nadużycie. W dodatku krzywdzące. Zwłaszcza dla ludzi, którzy naprawdę zmagają się z depresją.

 

Osoby cierpiące na depresję bardzo często starają się zamaskować objawy, które im towarzyszą. Nie tylko nie zgłaszają się po pomoc do specjalisty, lecz także nie mówią rodzinie ani nikomu ze swojego najbliższego otoczenia, co się z nimi dzieje. Uważają, że poradzą sobie sami lub wstydzą się poprosić o pomoc, bo w ich mniemaniu depresja świadczy o słabości. To duży błąd, bo depresja jest chorobą. W dodatku bardzo poważną.

 

Wielu ludzi, którzy cierpią na depresję, postanawia odebrać sobie życie. Mają dość codziennych bitew, które muszą stoczyć, żeby w ogóle wstać z łóżka. Chcą przestać się ze sobą szarpać i każdego dnia staczać boje, na które nie mają siły. Decydują się na ostateczny krok, bo nie potrafią sobie poradzić z tym, co dzieje się w ich głowie.

 

O skali problemu samobójstw świadczą statystyki Komendy Głównej Policji. Z danych opublikowanych w raporcie Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w Polsce w 2016 roku na swoje życie targnęło się blisko 10 tysięcy osób. Ponad połowa z nich zmarła.

 

Jak odróżnić depresję od smutku?

 

Smutek jest wynikiem konkretnych wydarzeń, sytuacji czy zachowań, z którymi mamy do czynienia. Jesteśmy smutni w czasie żałoby, po rozstaniu z kimś, kto był dla nas ważny, a nawet w czasie przeżywania silnego stresu lub niemiłej sytuacji. Powodów smutku jest mnóstwo. Tym, co odróżnia smutek od depresji jest czas przeżywania – smutek ma swój początek i koniec. Depresja, zwłaszcza nieleczona, może trwać bez końca.

 

Jakie są objawy depresji?

 

Depresja zaczyna się od obniżenia nastroju, który może trwać tygodniami lub nawet miesiącami. Takiemu stanowi towarzyszą najczęściej dodatkowe objawy, do których należą na przykład:

– zaburzenia snu (nadmierna senność lub bezsenność),

– zaburzenia apetytu (nadmierny apetyt lub brak apetytu),

– anhedonia, czyli brak umiejętności odczuwania przyjemności,

– lęk,

– spadek aktywności życiowej,

– ruminacje, czyli nawracające uporczywe myśli,

– poczucie winy,

– myśli samobójcze.

 

Smutek a depresja – różnice

 

Odczuwając smutek, nie mamy większych problemów z funkcjonowaniem w otaczającej nas rzeczywistości. Owszem, jest nam smutno, przez co możemy nie mieć ochoty na wiele aktywności. Mimo to wiemy, że kiedy damy sobie prawo do odczuwania smutku i zaopiekujemy się sobą, w końcu się z nim pożegnamy. Depresja z kolei całkowicie zaburza odnalezienie się w codziennym życiu. Dla osoby, która cierpi na depresję, nawet najprostsze czynności są trudne do wykonania. Wszystko, co ma zrobić, powoduje u niej lęk i bezradność, a w konsekwencji poczucie winy oraz przekonanie, że nie radzi sobie ze swoim życiem.

 

Jak stwierdzić, czy mam depresję?

 

Zamiast diagnozować się samodzielnie, najlepiej udać się do specjalisty. Jeśli psychiatra nie stwierdzi depresji, z pewnością pomoże nam uporać się z emocjami wywołanymi silnym stresem lub wydarzeniami, z którymi nie możemy się pogodzić. Jeśli jednak specjalista uzna, że cierpimy na depresję, zaproponuje odpowiednie leczenie.

 

Po co iść na terapię?

 

Z punktu widzenia zdrowia psychicznego bardzo ważną umiejętnością człowieka jest umiejętność obserwacji siebie i swoich stanów emocjonalnych. To ona pozwala nam na wychwycenie alarmujących sygnałów i podjęcie odpowiednich działań.

 

Sięgnięcie po pomoc w walce z depresją to próba stawienia czoła naprawdę trudnej chorobie, która w skrajnych przypadkach może mieć dramatyczne konsekwencje. Decyzja o udaniu się do teraputy nie jest więc oznaką słabości. Przeciwnie – to oznaka dojrzałości, siły i odpowiedzialności za swoje życie. Jeśli jesteśmy smutni, podczas terapii nauczymy się lepiej siebie rozumieć i pomagać w innych sytuacjach, które wywołują smutek. Jeśli zaś zmagamy się z depresją, wizyta u specjalisty to pierwszy krok do tego, by wyzdrowieć.

 

 

 

 

 

 

 

Możesz wszystko – o kłamstwie, w które uwierzyliśmy

Robimy mnóstwo rzeczy, żeby mieć więcej – pieniędzy, ubrań, biżuterii, gadżetów. Więcej życia, którym moglibyśmy się pochwalić. Wierzymy, że możemy zdobyć świat, jeśli bardziej się postaramy. Oglądamy wystąpienia ludzi, którzy twierdzą, że aby dojść na szczyt, wystarczy tylko chcieć i być odpowiednio zmotywowanym. Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej.

 

Nie zawsze możesz wszystko.

 

I to wcale nie oznacza, że jesteś beznadziejna.

 

Postawmy sprawę jasno – ma nic złego w tym, że ludzie chcą być pełni energii i motywacji do działania. To dwa składniki, które pozwalają na pracę z przyjemnością i skoncentrowanie się na dążeniu do wyznaczonych celów. Kiedy ma się w sobie pasję i energię, chętnie podejmuje się nowe wyzwania i wykonuje powierzone zadania. Robiąc to, co nas napędza i co naprawdę się lubi, można czasami zapomnieć o zmęczeniu. Ludzie są szczęśliwi, przebywając z osobą, która tryska optymizmem i zaraża innych pozytywnym nastawieniem. Lgną do niej, bo być może dzięki temu, że z nią obcują, udzieli im się jej dobry nastrój. I czasami naprawdę się udziela!

 

Chyba każdy z nas chciałby codziennie rano wstawać z uśmiechem na twarzy i biec po obłoczkach szczęścia, wykonując swoje obowiązki. O nie! Napisałam OBOWIĄZKI? Najmocniej przepraszam. Przecież w tak ekstatycznym stanie radości nie ma mowy obowiązkach, bo wszystko jest przyjemnością, prawda? A przynajmniej chcielibyśmy w to wierzyć.

 

Większość z nas szuka sprawdzonych sposobów i złotych rad, które pozwolą osiągnąć sukces i spełnić marzenia. Wyobrażamy sobie, że wystarczy się skupić na celu, a energia pojawi się sama. I właśnie tak próbujemy się zmotywować – szukamy dowodów na to, że postępując w określony sposób, można żyć jak w bajce. Spędzamy mnóstwo czasu na czytaniu historii, które mają nam dodać odwagi i pewności siebie. Wkładamy mnóstwo energii w szukanie zapału do realizacji celów, które… być może wcale nie są dla nas i nigdy nie staną się naszym udziałem.

 

Jednym z powodów, dlaczego nie zawsze możemy dostać to, czego chcemy, są pewne ograniczenia, których nie da się obejść. Jeśli aktualnie z jakichś powodów odczuwasz silny lęk, prawdopodobnie nie podejmiesz odważnych kroków lub zrobisz ich kilka, ale cena, którą zapłacisz, będzie tak wysoka, że zrezygnujesz z dalszej drogi.

Gdy nosisz w sobie duży ładunek nieprzepracowanego wcześniej smutku, trudno będzie Ci odczuwać radość w sytuacjach, w których zazwyczaj Ci towarzyszyła. Zależność jest prosta – Twój stan psychiczny wpływa na Twoje możliwości.

 

Drugą blokadą są cechy osobowości. Ekstrawertyczkom trudno będzie odnaleźć się w pracy, która wymaga ograniczenia kontaktów międzyludzkich, a osobom, które działają zgodnie ze swoimi zasadami – w pracy pozbawionej określonych reguł. Jeśli nie masz odpowiedniej skali głosu, nie zostaniesz piosenkarką estradową zarabiającą miliony. Tyle że to wcale nie oznacza, że brak umiejętności porywania tłumów swoim śpiewem zabrania Ci być szczęśliwą i spełnioną. Oznacza to, że na tej płaszczyźnie (w tym przypadku na estradzie) nie osiągniesz tego, o czym marzysz. Pewnie będzie Ci smutno, kiedy to odkryjesz, ale będziesz musiała się z tym pogodzić. I zrozumieć, rezygnując z tego marzenia, robisz dla siebie coś dobrego. Pogodzenie się ze swoimi ograniczeniami paradoksalnie pozwoli Ci się do siebie zbliżyć i lepiej zrozumieć.

 

W spełnianiu marzeń nie zawsze można liczyć na sprzyjające okoliczności. Gdy na swojej drodze napotkasz problemy w ich realizacji, nie poddawaj się myśleniu, że jesteś do niczego. Skup się wtedy na swoim wnętrzu, zaopiekuj się sobą, swoimi emocjami i ważnymi dla siebie relacjami. Świadomość, że nie osiągniesz czegoś, o czym marzyłaś, bo ograniczają Cię możliwości, wcale nie sprawia, że się cofasz. Wręcz przeciwnie – rozwijasz się, tylko na innym polu.

 

Wiesz, dlaczego umiejętność odpuszczania jest taka ważna? Bo w czasie, kiedy płaczesz i próbujesz ukoić swoje emocje, dajesz sobie prawo do tego, by się zatrzymać. Nie pędzisz ślepo za marzeniem, wierząc, że chcieć to móc. Nie spalasz się, próbując przebić głową mur, którego i tak nią nie przebijesz. Odpuszczenie tej gonitwy to Twój czas na regenerację i odnowienie energii, którą wcześniej straciłaś.

 

Pamiętaj, że w zagubieniu się we własnych marzeniach nie ma nic złego. Najważniejsze to umieć się odnaleźć, zweryfikować swoje pragnienia i ruszyć dalej w kontakcie ze sobą i swoimi pragnieniami, które płyną prosto z serca.

 

Zaufać sobie i znaleźć swoją własną drogę do szczęścia.

 

 

 

 

 

 

 

Dlaczego wiem lepiej?

Tak się dziwnie składa, że większość ludzi rości sobie prawo do bycia ekspertem od… cudzego życia. Nasza „empatia” opiera się na przekonaniu, że wiemy, co jest najlepsze dla innych. W dodatku mamy potrzebę dzielić się tą wiedzą w każdej sytuacji, nawet kiedy nikt nas o to nie prosi. Sami też dowiadujemy się różnych rzeczy o tym, co powinniśmy zrobić zdaniem kogoś innego, ale uzyskana wiedza wcale nie rozwiązuje naszych problemów. Jak myślisz – dlaczego?

 

Powiedzmy, że masz jakiś problem. Osobisty, rodzinny, zawodowy lub zdrowotny. Opowiadasz o tym znajomym i… dostajesz 1001 porad, co robisz źle i co trzeba natychmiast zmienić. Być może wszystkie rady mają jakieś uzasadnienie z punktu widzenia osób, które ją wypowiadają. Tyle że – najogólniej rzecz biorąc – sprowadza się one do tego, żeby całkowicie zmienić swój system wartości i całe swoje życie.

 

Dlaczego tak chętnie wchodzimy w rolę ekspertów od cudzego życia? Dlaczego w ogóle czujemy się upoważnieni do tego, żeby wtrącać własne uwagi do sposobu, w jaki ktoś inny zarządza swoim życiem?

 

NASZE JEST LEPSZE

 

Zawsze takie będzie – oczywiście według nas. Wszystko, co wiemy, jest już nam doskonale znane i sprawdziło się w różnych sytuacjach (albo uważamy, że na pewno się sprawdzi).  Jesteśmy z tym oswojeni i żyjemy z tą wiedzą na co dzień. Trudno nam wziąć pod uwagę, że nasze założenia sprawdzają się w naszym życiu dlatego, że mamy określoną osobowość i sytuację, a także konkretne doświadczenia, które doprowadziły nas do tego, co wiemy. Wprowadzenie jakichkolwiek zmian wymaga otwartości, odwagi, zaangażowania i wysiłku. Wybieramy więc działanie zgodne z naszym schematem myślowym, zamiast zdecydować się postąpić inaczej niż do tej pory. Dlaczego w takim razie oczekujemy od innych ludzi, że podstąpią tak, jak im radzimy?

 

NIE SŁUCHAMY, TYLKO CZEKAMY NA SWOJĄ KOLEJ, ABY SIĘ ODEZWAĆ

 

Ktoś chce się nam wygadać, a okazuje się, że to my mamy w tej sytuacji najwięcej do powiedzenia. Zakładamy, że skoro dana osoba chce porozmawiać, to oczekuje od nas rad. Kiedy będzie mówiła, wtrącimy kilka swoich uwag, oceniając sytuację, i trochę tę osobę skrytykujemy, bo przecież trzeźwy osąd zawsze się przyda. Po spotkaniu nie będziemy wiedzieć, jakie potrzeby miał ktoś, z kim rozmawialiśmy, bo nawet nie zadaliśmy sobie trudu, żeby o nie zapytać. Wygłaszając swoje uwagi, zrealizujemy wyłącznie własne potrzeby i w żaden sposób nie wesprzemy osoby, które tego wsparcia potrzebuje.

 

NIE LUBIMY CZUĆ SIĘ BEZSILNE

 

Nikt nie lubi poczucia braku sprawczości. Za każdym razem, kiedy jakaś sytuacja wymyka nam się spod kontroli, czujemy się zagrożone. To dlatego mamy potrzebę wypowiadania swojego zdania – w ten sposób odzyskujemy utraconą kontrolę i zyskujemy poczucie wpływu na sytuację. Bezczynne siedzenie i patrzenie, jak ktoś płacze? Taki scenariusz w ogóle nie przychodzi nam do głowy. Po co płakać? Trzeba działać, najlepiej zgodnie z tym, co mamy do powiedzenia. Nie bierzemy pod uwagę, że osoba, która przyszła do nas się wyżalić, potrzebuje wyłącznie wypłakania się i wysłuchania. Zależy nam na tym, żeby jak najszybciej ją pocieszyć, bo… nie radzimy sobie z jej łzami. A przecież płacz jest konkretną informacją i sposobem na wyrażenie bezsilności. Pozwólmy innym tę bezsilność wyrazić.

 

JAK WSPIERAĆ?

 

No dobrze, to co w takim razie zrobić, kiedy ktoś chce się nam wyżalić? Mamy słuchać i bezczynnie patrzeć na czyjeś łzy? Naszym zadaniem jest przede wszystkim słuchanie, pytanie o potrzeby tej osoby i akceptacja jej uczuć. Jeśli naprawdę zależy nam na tym, żeby komuś pomóc, warto się otworzyć na inny punkt widzenia. Przyjąć do wiadomości, że ktoś może nie chcieć zmienić swojej sytuacji. Pogodzić się z tym, że nie potrzebuje naszych rad i dać prawo do postąpienia tak, jak uważa. W końcu to ten ktoś jest ekspertem od swojego życia.

Kto się boi terapii?

Chodzimy do dentysty, bo dbamy o zęby, i do dermatologa, bo zależy nam na tym, żeby mieć piękną skórę. Regularnie badamy się u ginekologa, bo chcemy być zdrowe i urodzić dzieci. Dlaczego w takim razie unikamy psychologa?

 

Pokój. W środku kanapa lub fotele, być może stolik. I obca osoba, przed którą masz się otworzyć, odsłonić swoje myśli i uczucia, wiedząc, że druga strona tego nie zrobi. Przychodzisz do tego pokoju z bólem duszy, z problemem, który pali tak, że masz wrażenie, że zaraz wybuchniesz. Chwytasz za klamkę i tylko Ty wiesz, ile w tej chwili kłębi się w Tobie lęku i pytań, na które chcesz poznać odpowiedź.

 

Ten sam pokój. Przychodzi tu codziennie od lat. Siada na kanapie albo fotelu, przy stoliku, na którym stoją szklanki z wodą. Obok leżą chusteczki. Nie dlatego, że przewiduje, że osoba, która tu przyjdzie, będzie płakać. Chce tylko, żeby wiedziała, że są pod ręką, kiedy łzy same zaczną płynąć, a ona będzie chciała jak najszybciej je ukryć. Pierwsze spotkanie. Nie wie, z czym przychodzi, czego chce, gdzie czai się jej ból ani jak wygląda jej system wartości. Szuka, ale musi liczyć się z tym, że może nie znaleźć. Bada, mając nadzieję, że każde następne pytanie nada właściwy kierunek terapii, którą prowadzi.

 

Terapia wydaje się być trudna tylko dla jednej osoby – klienta. Tymczasem dotyczy ona dwóch osób, które nie wiedzą, czego się po sobie spodziewać. Nie mają też pojęcia, dokąd zmierzają w tej wspólnej podróży, na którą obie się zdecydowały. Zanim wyruszą na szlak, muszą sobie zaufać. A jak to zrobić, skoro widzą się pierwszy raz w życiu?

 

Nasze życie opiera się na zaufaniu. Oddajemy opiekę nad naszymi dziećmi przedszkolankom i nauczycielom. Jeździmy autobusami, ufając kierowcom, że dowiozą nas tam, dokąd chcemy dojechać. Przychodzimy do lekarzy, ufając, że nas wyleczą. Przyjdźmy więc i do psychologa, ufając, że nam pomoże.

 

 

 

I pamiętajmy, że pozytywne efekty terapii pojawią się tylko wtedy, kiedy pacjent i psycholog się przed sobą otworzą – pacjent swoją opowieścią, a psycholog gotowością na wysłuchanie tej opowieści z zainteresowaniem.